Conowego.pl http://www.conowego.pl/ conowego.pl pl Conowego.pl http://www.conowego.pl/fileadmin/templates/main/images/ico-rss.png http://www.conowego.pl/ 15 15 conowego.pl TYPO3 - get.content.right http://blogs.law.harvard.edu/tech/rss Tue, 22 May 2018 20:16:00 +0200 Samsung Galaxy S9+ - recenzja smartfona bezkompromisowego http://www.conowego.pl/testy/samsung-galaxy-s9-recenzja-smartfona-bezkompromisowego-26162/ Niewiele flagowych smartfonów jest w stanie podjąć rywalizację z "emejzingowymi" iPhone'ami od...

Samsung Galaxy S9+ - specyfikacja

Ekran: 6.2" AMOLED (1440x2960 pikseli)
Procesor: Exynos 9810
RAM: 6 GB
Pamięć: 64 GB
Micro SD: TAK
Aparaty: 12 (f/1.5-2.4, 26mm, 1/2.55", 1.4µm) + 12MP (f/2.4, 52mm, 1/3.6", 1µm) / 8 Mpix
Dual SIM: TAK
Łączność: USB Typu C (3.1), czytnik linii papilarnych, GPS, Wi-Fi 802.11ac, Bluetooth 5.0, NFC
System: Android 8.1 (Samsung Experience 9.0)
Akumulator: 3500 mAh
Wymiary: 158.1 x 73.8 x 8.5 mm
Waga: 189 gramów
Cena: ok. 3199 - 3499 złotych


Lata spędzone na testowaniu wielu flagowych smartfonów pozwoliły mi nauczyć się podchodzić do tych urządzeń ze sporym dystansem i "na chłodno". Rzadko zdarza się, aby urządzenie elektroniczne wzbudzało u mnie jakieś większe emocje lub wywoływało tak zwany efekt "wow". Ta sztuka udała się ostatnio Huawei P20 Pro, który bez mała całą branżę technologiczną zszokował swoimi możliwościami fotograficznymi, szczególnie jeśli chodzi o zdjęcia wykonywane po zmroku. Wcześniej zachwycałem się... poprzednikiem modelu S9+, czyli Galaxy S8+. Te dwa smartfony wspominam bez wątpienia najlepiej. Po wyciągnięciu z pudełka Galaxy S9+ wiedziałem, że moje serce znów zabije mocniej, choć... rewolucji od strony wizualnej nie ma.Samsung Galaxy S9+ recenzjaSamsung postawił po raz kolejny na ten sam design, który pokochali użytkownicy modelu S8+. Mamy tutaj więc bardzo mocno zaokrąglony 6.2-calowy wyświetlacz Super AMOLED Infinity Edge, o rozdzielczości 1440x2960 pikseli, który robi piorunująco dobre wrażenie. Nie chodzi tutaj tylko o powierzchnię ekranu schodzącą niemal aż do samej powierzchni, na której leży smartfon. Chodzi tutaj także o fenomenalne parametry matrycy - jej jasność, odwzorowanie kolorów, wspaniałą czerń (to w końcu Super AMOLED), nieskończony kontrast oraz niedoścignioną dla konkurencji czytelność w pełnym słońcu słonecznym. Napisałbym, że smartfon pod tym względem urywa cztery litery... a może nie powinienem tego pisać? No trudno, właśnie to zrobiłem?Samsung Galaxy S9+ recenzjaZ charakterystyką wyświetlacza Infinity Edge wiąże się też mankament występujący w poprzednim modelu: ten ekran, mimo pokrycia szkłem ochronnym Gorilla Glass 5 z przodu i z tyłu, jest szalenie wrażliwy na upadki. Jeśli zdecydujecie się na zakup któregoś z modeli Galaxy S (8, 8+, 9, 9+), to jeśli nie chcecie płacić ponad tysiąca złotych za wymianę ekranu, dla własnego (i smartfonowego) dobra zamknijcie go w jakimś ochronnym etui. Smartfon będzie nieco "brzydszy", ale uwierzcie mi, że wolicie to, niż rozwalony ekran. Wiem co mówię, jeden ekran w S8+ już zniszczyłem. No właśnie, wygląd.Samsung Galaxy S9+ recenzjaMało który smartfon prezentuje się równie dobrze jak nowe Galaxy S9 i S9+. Samsung robi naprawdę ładne urządzenia. Jasne, tył jest szklany, a więc szybko pokrywa się odciskami palców, ale bryła urządzenia i to jak świetnie leży w dłoni... naprawdę, czapki z głów. Trzymając w dłoniach Galaxy S9+ miałem wrażenie, że obcuję z małym dziełem sztuki. Być może mój zachwyt nad urządzeniem jest przesadzony, ale Galaxy S9+ naprawdę może się podobać. Strona wizualna to jedno - bardzo dobra jakość wykonania to jej dopełnienie.Samsung Galaxy S9+ recenzjaPrzyciski fizyczne klikają znakomicie i nie posiadają żadnych luzów. Samsung po raz kolejny umieścił dodatkowy, czwarty przycisk, który pozwala szybko przywołać asystenta Bixby, który w dalszym ciągu "nie umie w język polski". Dziękuję Pan Samsung. Może nareszcie przyszedł czas, by to zmienić? Przecież Polacy chętnie kupują Wasze smartfony, prawda?Samsung Galaxy S9+ recenzjaTym, co rzuca się jeszcze w oczy, a jest nowością w serii Galaxy S, zarezerwowaną wyłącznie dla większego modelu "z plusem", jest podwójna kamerka 12 + 12 Mpix. Trafił tu dodatkowy sensor, dysponujący teleobiektywem 2x. Mała rzecz a cieszy. Zdecydowanie bardziej cieszy natomiast sensowniejsze umieszczenie czytnika linii papilarnych - teraz znajduje się on w znacznie wygodniejszym miejscu, pod podwójnym obiektywem, a nie obok niego.Samsung Galaxy S9+ recenzjaWięcej dobrych wieści? Proszę bardzo. Samsung nie tylko nie porzucił złącza słuchawkowego jack 3.5 mm, ale nawet dorzucił całkiem nieźle grające słuchawki AKG w zestawie. Miłym dodatkiem są również bardzo dobrze i donośnie grające głośniki stereo. Na dole urządzenia znajdziemy też złącze USB Typu C i to nie jakieś tam 2.0, tylko umożliwiające szybki transfer plików, wykonane w standardzie 3.1.Samsung Galaxy S9+ recenzjaŻebyście nie myśleli, że to koniec: w urządzeniu nie zabrakło po raz kolejny czytnika tęczówki oczu, który działa bez zarzutu także w nocy, funkcji bezprzewodowego ładowania, a nawet takiego "bajeru", jak czujnika pulsu. Mimo aż 6.2-calowego ekranu o proporcjach 18.5:9 sprzęt dobrze leży w dłoni i nie jest, jak wiele innych flagowców, przesadnie śliski. Obsługa jedną ręką jest możliwa, ale nie jest najwygodniejszym sposobem korzystania ze smartfona. #break#

Wydajność i oprogramowanie

Oto coś, co Samsung robi od jakiegoś czasu naprawdę dobrze: oprogramowanie. Powiedziałbym, że wygląd i to jak działa Galaxy S9+ to połowa sukcesu. Za drugą połowę odpowiada naprawdę przemyślany, dopracowany, intuicyjny i sprawnie działający soft. Urządzenie pracuje pod kontrolą systemu Android 8.0 z najnowszą wersją nakładki Samsung Experience 9.0.Samsung Galaxy S9+ recenzjaIkonki prezentują się ładnie i schludnie, a w oprogramowaniu nie brakuje możliwości zmiany rozdzielczości tak ekranu, jak i skalowania interfejsu. W nowej wersji nakładki nowością jest możliwość przeglądania pulpitu w orientacji poziomej. Samsung Experience pozwala także uruchamiać aplikacje w dwóch oknach obok siebie i dowolnie zmieniać ich rozmiary. Użytkownik może również parować ze sobą najczęściej uruchamiane równocześnie aplikacji i wygodnie uruchamiać dwie na raz, od razu w odpowiednio skonfigurowanym trybie dzielonym.
Nie mogło zabraknąć paneli na brzegu, zawierających skróty do wybranych kontaktów, czy też aplikacji. Sam nie korzystałem z tego zbyt wiele, ale wiem, że "ficzer" ma swoich zagorzałych miłośników. Wielu osobom spodoba się także możliwość kontrolowania smartfona gestami, czy też tryb obsługi jedną ręką. Bardzo ładnie prezentuje się apka z prognozą pogody.
Ekran blokady ma standardowe skróty do aparatu i dialera, które można zmienić. Odblokowanie smartfona za pomocą dowolnej z metod odbywa się błyskawicznie - zarówno czytnik tęczówki, jak i czytnik linii papilarnych działają wzorcowo. Przydatnym nie tylko dla ludzi biznesu dodatkiem może okazać się bezpieczny folder, w którym przechowywać można aplikacje i notatki, kontakty, a nawet zdjęcia, które nie będą widoczne w standardowym widoku. Folder ten można w dowolny sposób zabezpieczyć. Ot, telefon w telefonie.
Funkcja Always On Display jest obecna i ma się dobrze - dzięki niej komunikaty o nowych wiadomościach i powiadomieniach z aplikacji są wyświetlane pomimo wyłączonego ekranu, podobnie jak zegar (którego wygląd można łatwo zmienić). Niestety, odbywa się to kosztem czasu pracy na baterii, który po włączeniu funkcji AOD spada. Na pocieszenie, użytkownik może określić w jakich godzinach funkcja AOD ma być aktywna.Samsung Galaxy S9+ recenzjaZ takich mniej ważnych, ale promowanych przez Samsunga funkcji... Są AR Emoji, skopiowane od Apple, czyli animowane emoji tworzone na podstawie zdjęcia użytkownika. Te tworzone są "na żywo" - mimika użytkownika smartfona kopiowana jest przez jego awatar naprawdę skutecznie. Na ich podstawie urządzenie tworzy zestaw gifów, które można wysyłać swoim znajomym zamiast emotek. Z jakiegoś powodu. :)Samsung Galaxy S9+ recenzjaZaplecze komunikacyjne nie pozostawia złudzeń, że mamy do czynienia z urządzeniem z wysokiej półki, dobrze przemyślanym i uzbrojonym we wszystkie najnowsze rozwiązania technologiczne. Jest tutaj moduł Wi-Fi 802.11ac, jest Bluetooth 5.0, nie mogło zabraknąć NFC. O bezpieczeństwo danych dbają skaner tęczówki oka, czytnik linii papilarnych, puls na żądanie mierzy specjalny czujnik pulsu. Jack 3.5 mm jest na swoim miejscu, USB Typu C (3.1) również. Samsung Galaxy S9+ zajmuje podium wśród najwydajniejszych smartfonów dostępnych na rynku. Działanie jest tak płynne jak to tylko możliwe - wymagające gry 3D śmigają wzorcowo, a oprogramowanie jest napisane na tyle dobrze, żeby nie psuło ogólnego świetnego wrażenia jakimikolwiek spowolnieniami animacji, wyrzucaniem aplikacji z pamięci podręcznej lub innymi dziwnymi wpadkami. #break#

Aparat

Samsung Galaxy S9+ to najlepsze co może Was spotkać, jeśli kochacie fotografię mobilną i często wykonujecie zdjęcia za pomocą swojego smartfona. Wybaczcie, ale nie pokuszę się o stwierdzenie, że jest to najlepszy smartfon fotograficzny, bowiem moim zdaniem po prostu nie da się jednoznacznie orzec czy lepszy jest Galaxy S9+, czy Huawei P20 Pro. Wydaje mi się, że ile osób tyle opinii. Jestem w stanie natomiast powiedzieć, że to jeden z dwóch najlepszych smartfonów fotograficznych, jakie obecnie możecie kupić i S9+ udowadnia to na absolutnie każdym kroku.Samsung Galaxy S9+ recenzjaZdjęcia wykonywane za pomocą podwójnego aparatu robią wrażenie, niezależnie od warunków oświetleniowych. Galaxy S9+ to jeden z tych smartfonów, na którym nie robi większego wrażenia środowisko, w jakim wykonywane jest zdjęcie, a to za sprawą bardzo jasnej optyki (f/1.5) oraz naprawdę sporego rozmiaru pikseli w matrycy 12 Mpix (1.4µm) i sensora o sporej powierzchni (1/2.55-cala). W trybie manualnym czas naświetlania może wynosić zaledwie 1/24000s. Imponujące, prawda? Warto dodać, że oba aparaty główne oferują optyczną stabilizację obrazu, która działa znakomicie przy rejestrowaniu materiałów wideo i zaryzykuję tym razem stwierdzenie, że to najlepsza stabilizacja obrazu od czasów Galaxy S8+.Samsung Galaxy S9+ recenzjaUwagę zwraca znakomity tryb Auto HDR, którego po prostu nie chce się wyłączać ze względu na naprawdę piękne i zazwyczaj bardzo naturalne kolory, w jakich przechwytuje zdjęcia. Co ciekawe, zoom 2x naprawdę nie powoduje utraty jakości i szczegółów, co zobaczycie na przykładowych zdjęciach. Tryb live bokeh, pozwalający zmienić głębię pola widzenia już po zrobieniu zdjęcia działa poprawnie, ale nie przekonuje mnie, ze względu na przeciętną (jak w absolutnie wszystkich innych smartfonach) detekcję brzegów obiektów. Do gustu przypadła mi natomiast rewelacyjna, zwłaszcza za dnia, praca aparatu przedniego. Selfie są naprawdę ładne, plastyczne, bogate w szczegóły i niezaszumione.Samsung Galaxy S9+ recenzjaMożliwość kręcenia filmów w rozdzielczości 4K w wysokim bitrate i fenomenalnej jakości czyni z tego smartfona dobry substytut dla lustrzanki cyfrowej a nawet wielu kamer wideo, serio. Nakręcicie nim bez problemu wspaniały film z wakacji, czy też majówki - kręciłem podobny materiał w zeszłym roku testowanym S8+ i wiem co mówię. Szkoda tylko, że Galaxy S9+ nie oferuje dedykowanego trybu wideo i choćby minimalnej liczby opcji ustawień manualnych. Na bardzo dużo ciepłych słów zasługuje działanie mikrofonów - zobaczcie jak dobrze zbierały dźwięk mimo wiatru na filmiku z przedniej kamerki. #break#

Bateria

Wiele osób krytykowało Galaxy S8 za przeciętny czas pracy na baterii, czyli problem, który w modelu Galaxy S8+ nie występował. Samsung w Galaxy S9+ postawił na tą samą baterię o pojemności 3500 mAh. Czy przy wydajniejszym procesorze będzie ona wystarczała na mniej? Na szczęście nie. Co więcej, bateria oferuje odrobinkę dłuższy czas pracy, niż u poprzednika.Samsung Galaxy S9+ recenzjaW teście odtwarzania wideo uzyskałem wynik 17 godzin (50% jasności ekranu). 3 godziny surfowania po internecie z włączonymi danymi pakietowymi zużyło około 31% baterii. Ładowanie baterii od zera do pełna trwa zaledwie 1,5 godziny. W 30 minut naładujecie ok. 35-38% baterii smartfona. Przypominamy, że w Huawei P20 Pro w tym samym czasie akumulator da się naładować do ponad 50%, a występuje tam bateria 4000 mAh. Samsung Galaxy S9+ obsługuje ładowanie indukcyjne, ale stosowną ładowarkę będziecie musieli dokupić osobno.

Podsumowanie

Samsung Galaxy S9+ to kosmetycznie poprawiony Samsung Galaxy S8+. To tak naprawdę spory komplement, bowiem już zeszłoroczny Galaxy S8+ był smartfonem naprawdę udanym i trudno jest wymagać od firmy Samsung, by w tak porządnym urządzeniu chciała przeprowadzać nikomu nie potrzebną rewolucję. Utrzymano ten sam, długi czas pracy na baterii, pozostawiono jacka 3.5 mm, a do Polski wprowadzono w końcu wariant obsługujący dwie karty SIM. Dorzucono więcej RAMu, a procesor cechuje większa wydajność. Niech Was to jednak nie zwiedzie, bowiem smartfon działa równie dobrze jak poprzednik. Największą z nowości wydają się głośniki stereo, poprawione położenie czytnika linii papilarnych oraz kosmetycznie poprawiona jakość zdjęć nocnych.Samsung Galaxy S9+ recenzjaMało to, czy dużo zmian? Oceńcie sami. Moim zdaniem posiadacze Samsungów Galaxy S8+ powodów do przesiadki nie mają, a osoby planujące zakup smartfona powinny brać pod uwagę nie tylko Galaxy S9+, ale także poprzedni model, którego ceny pewnikiem spadną. Tak czy siak, wybór Galaxy S9+ będzie wyborem bardzo dobrym i nie wyobrażam sobie, aby ktoś mógł go żałować... o ile tylko może sobie na taki zakup pozwolić.  
Mocne strony: Słabe strony:
-------
- doskonały ekran
- fenomenalny design i jakość wykonania
- rewelacyjne zdjęcia i filmy z obu aparatów
- długi czas pracy na baterii
- bardzo wysoka wydajność
- wodoszczelna obudowa
- świetne oprogramowanie
- dual SIM
- głośniki stereo
- jack 3.5 mm!
- praca czytnika tęczówki i linii papilarnych
- Wi-Fi 802.11ac, BT 5.0, NFC
- Bixby'ego po polsku dalej nie ma
- smartfon jest dość ciężki
Samsung Galaxy S9+ recenzja]]>
Testy Najbardziej polecane Sun, 06 May 2018 17:15:00 +0200
Frostpunk - recenzja polskiego hitu (niemal) na miarę This War of Mine http://www.conowego.pl/testy/frostpunk-recenzja-polskiego-hitu-niemal-na-miare-this-war-of-mine-26105/ Ponad ćwierć miliona sprzedanych egzemplarzy i oceny prawie tak wysokie jak w przypadku Wiedźmina... FrostpunkEstetyka świata gry jest porażająca biorąc pod uwagę fakt, że cała rozgrywka skupia się tak naprawdę wkoło jednej i tej samej lokacji. Lokacja jest ładne zaprojektowany lodowy krater, z którego wprawdzie można wysyłać misje mające na celu poszukiwanie ocalałych ludzi, ale otoczenie, w którym klikamy pozostaje niezmienne. Tekstury mają naprawdę wysoką rozdzielczość, warunki pogodowe zmieniają się dynamicznie, a niewielka osada z czasem zaczyna tętnić życiem, co da się zauważyć, obserwując ją na dużym zbliżeniu.FrostpunkFrostpunkRozgrywka na początku toczy się w ślimaczym tempie, a opanowanie wszystkich opcji gry jest utrudnione przez specyficzny interfejs, do którego początkowo trudno jest się przyzwyczaić. W grze istnieje aktywna pauza, ale w początkowych fazach zabawy częściej korzysta się z przyspieszenia czasu, które pomaga przebrnąć przez monotonne dłużyzny. Początkowe "nudy na pudy" mają jednak swoje uzasadnienie, bowiem gra stara się uczyć wszystkich jej aspektów "na spokojnie". A elementów rozgrywki jest naprawdę sporo.FrostpunkPo stronie graczy są typowe zadania, takie jak wysyłanie ocalałych do wydobycia surowców, zdobywania pożywienia, czy też przydzielanie im określonych zada i zawodów. Zabawa w pewnym momencie zaczyna przypominać nieco gry z cyklu Sim City, w których ważny jest każdy, nawet najdrobniejszy aspekt funkcjonowania miasta. Jeśli zawalicie jakiś element rozwoju osady już na samym jej początku, będziecie mieli przechlapane. W pierwszym scenariuszu wystarczy przetrwać 20 dni i uwierzcie mi, że nie jest to zadanie łatwe.FrostpunkFrostpunkPoczątkowo budynki tworzyć można jedynie dookoła generatora. Z czasem budować można je także dalej, jednakże należy pamiętać o tym, że wraz ze wzrostem odległości od generatora maleje temperatura. Nie muszę chyba mówić, że każdy z mieszkańców miasta potrzebuje tego ciepła, by przeżyć? To właśnie takie mniejsze i większe decyzje mogą zaowocować występowaniem różnych zdarzeń losowych, w których kluczowym jest szybkie podejście jednej z decyzji. Zadanie jest o tyle trudne, że każda z nich niesie ze sobą określone konsekwencje, które mogą uwidocznić się dopiero na dalszych etapach zabawy i przekreślić szanse na zwycięstwo.FrostpunkFrostpunkZasadniczo gracze mogą do upragnionego "happy endu" w danym scenariuszu kroczyć po trupach lub starać się być dobrym za wszelką cenę (co czasem graniczy z cudem, bo czasem trzeba coś lub kogoś poświęcić). Wysyłać dzieci do pracy, czy może tworzyć dla nich schronienia i izolować od niebezpieczeństw? To tylko jeden z przykładów. Za każdym razem decydować się możemy na kroczenie nieco inną ścieżką rozwoju technologicznego, która determinuje możliwości niewielkiej osady. Dzięki powyższym za każdym razem rozgrywka wygląda nieco inaczej, choć trudno tu mówić o jakichś wielkich zmianach, bo cele zabawy zawsze są te same, a scenariusze - jedynie trzy. We wszystkich chodzi o to samo - o przetrwanie, osiągane po prostu na różne sposoby. Już na poziomie normalnym zabawa we Frostpunk stanowi spore wyzwanie.FrostpunkFrostpunkFrostpunk to gra bardzo wymagająca, co wydaje się naturalne przy takim właśnie schemacie rozgrywki. Kolejne aspekty gry odkrywa się z czasem i do zwiększenia poziomu swojej wiedzy najszybciej dochodzi się popełniając... błędy. Ważnym aspektem jest mikrozarządzanie osadą i wgląd w każdy element jej działalności. Czasem o wygranej lub przegranej zadecydować może ulokowanie kluczowych surowców w określony rodzaj budynku czy też... ogrzanie już istniejących (za pomocą węgla). Osoby mniej cierpliwe powinny zdecydowanie odpuścić sobie Frostpunka, który to będzie z kolei gratką dla osób lubiących gimnastykować swój umysł.
Mocne strony: Słabe strony:
-----
- klimat!
- złożoność rozgrywki
- przyjemna dla oczu oprawa graficzna
- system decyzji, które mają znaczenie na rozgywkę
- świetna oprawa audio
- wysoki poziom trudności
- dobra cena
- wysoki poziom trudności... ;)
- tylko trzy scenariusze
- powtarzalność wydarzeń losowych
 

Ocena ogólna: 8/10

]]>
Testy Gaming Najbardziej polecane Sat, 28 Apr 2018 19:50:00 +0200
Huawei P20 Pro - recenzja. Nowy mistrz fotografii nocnej http://www.conowego.pl/testy/huawei-p20-pro-recenzja-nowy-mistrz-fotografii-nocnej-26069/ Przez ostatni miesiąc miałem okazję użytkować smartfona Huawei P20 Pro. Zrobiłem nim kilkaset...

Specyfikacja Huawei P20 Pro

Ekran: 6.1" AMOLED (1080x2240 pikseli)
Procesor: Kirin 970
RAM: 6 GB
Pamięć: 128 GB
Micro SD: NIE
Aparaty: 40 Mpix (f/1.8, 27 mm, OIS + 13 Mpix (f/1.6, 27 mm, mono) + 8 Mpix (f/2.4, 80 mm, tele) / 24 Mpix (f/2.0)
Dual SIM: TAK (standby)
Łączność: USB Typu C, czytnik linii papilarnych, GPS, Wi-Fi 802.11ac, Bluetooth 4.2, NFC, Radio FM
System: Android 8.1 (EMUI 8.1)
Akumulator: 4000 mAh
Wymiary: 155 x 73.9 x 7.8 mm
Waga: 180 gramów
Cena: ok. 3499 złotych


Budowa i wygląd

Huawei P20 Pro trafił do sprzedaży w Polsce w trzech wersjach kolorystycznych. Furorę w sklepach powinien zrobić Twilight, zainteresowanie niejednego wzbudzi Blue, a więc w moje ręce musiał trafić wariant Black, czyli czarny. Nie powiem, ma swój urok, jednak do pozostałej dwójki się nie umywa. Na naszym rynku model różowy jest nieobecny, a szkoda, bo na paryskiej premierze prezentował się fenomenalnie i powiem Wam szczerze, że sam ostrzyłbym sobie na niego zęby.Huawei P20 Pro - recenzjaHuawei P20 Pro - recenzjaHuawei P20 Pro - recenzjaProblem z ładnymi obudowami we flagowych smartfonach jest taki, że przeważnie są szklane. Szkło jest ładne tylko do momentu, gdy weźmiemy urządzenie w dłonie. Potem sprzęt wygląda po prostu nieapetycznie. Zamknięcie tak drogiego smartfona (3499 złotych) w etui wydaje się krokiem rozsądnym i racjonalnym, bez względu na to jak urządzenie prezentuje się bez niego. Sama świadomość posiadania smartfona z tak piękną obudową poprawia jednak humor. Huawei P20 Pro - recenzjaHuawei P20 Pro - recenzjaWiecie już, że obudowa jest szklana. To, że smartfon ma trzy przyciski fizyczne też już zapewne zauważyliście. Gniazda na kartę micro SD nie ma i już, ale na pocieszenie znajdziemy tu obsługę dwóch kart SIM w standardzie Nano. Największą innowacją w Huawei P20 Pro są trzy kamery główne (sensory 40 Mpix RGB, 20 Mpix monochromatyczny, 8 Mpix z teleobiektywem), czyli cecha, która czyni z niego pierwszym smartfonem na świecie z taką właśnie liczbą obiektywów. Dwie z kamer wystają dość mocno poza obrys obudowy i jeśli nie korzystacie z etui, to szybko Was zacznie to irytować. Pod obiektywami znajduje się dwutonowy LED oraz czujnik temperatury barwowej otoczenia.Huawei P20 Pro - recenzjaNajnowszy flagowiec Huawei robi użytek z głośników stereo, przy czym rolę drugiego głośnika multimedialnego pełni grający nieco ciszej głośnik do rozmów. Głośnik multimedialny umieszczono na dolnej ramce urządzenia, a głośnik do rozmów - na wysepce, w asyście przedniej kamerki. Jakość dźwięku jest dobra, a jego donośność bardziej niż satysfakcjonująca. Nie jest to poziom głośności Huawei Mate 10, ale jednocześnie zdecydowanie ekstraklasa, jeśli chodzi o głośniki w smartfonach.Huawei P20 Pro - recenzjaHuawei P20 Pro - recenzjaJakość dźwięku na wyjściu USB Typu C jest... ... w porządku. Nic ponadto. Jest nieźle, ale melomani mogą pokręcić nosem na nieco zbyt niską dynamikę i poziom głośności. W moim odczuciu z dźwięku będzie mimo zadowolonych 99% posiadaczy tego smartfona, więc trudno traktować takie niuanse jako realną wadę. Przestrzeń jest dobra, separacja tonów stoi na dobrym poziomie. Ot, są na rynku nieco lepsze smartfony muzyczne. Jacka 3.5 milimetra niestety nie ma.Huawei P20 Pro - recenzjaHuawei P20 Pro korzysta z 6.1-calowego ekranu AMOLED o rozdzielczości 1080x2240 pikseli i niestandardowych proporcjach 18.7:9, bliskich formatowi 19:9. Domyślacie się zapewne, że taki, a nie inny wynik sprzęt zawdzięcza charakterystycznej wysepce w stylu iPhone'a X. Zanim zaczniecie ją krytykować zastanówcie się: w czym Wam ona tak naprawdę przeszkadza? Jeśli zastanowicie się dłuższą chwilę być może nie zasilicie szeregów osób, które hejtują "notcha" na zasadzie "bo tak". Jeśli owe wcięcie wciąż nie będzie w Waszym guście, spieszę z nowiną: da się wyłączyć z użycia górną część ekranu i efekt wcięcia zniwelować. Pytanie brzmi dlaczego mielibyście dobrowolnie odbierać sobie przestrzeń na ekranie?Huawei P20 Pro - recenzjaHuawei P20 Pro - recenzjaEkran Huawei P20 Pro ma doprawdy solidne parametry. Poza wysoką rozdzielczością, oferuje on niezłą reprodukcję kolorów i jest czytelny nawet w naprawdę intensywnym słońcu. Zmierzona jasność maksymalna w trybie manualnym to 420 cd/m2. Wartość ta rośnie do poziomu ok. 600 cd/m2 w trybie auto, co jest wynikiem niemal tak dobrym jak w przypadku Samsunga Galaxy S9+ oraz iPhone X. Kontrast, jak przystało na wyświetlacz typu AMOLED, jest nieskończony. DeltaE w najdokładniejszym trybie Normal i ustawieniach domyślnych wynosi 1.6, co jest wynikiem doprawdy zdumiewająco dobrym. Znacznie żywsze kolory uzyskamy w trybie Vivid, gdzie reprodukcja barw będzie odrobinę tylko gorsza.Huawei P20 Pro - recenzjaRamki otaczające ekran są na prawdę minimalne, choć współczynnik powierzchni ekranu do rozmiaru przedniego panelu rekordowy nie jest. Smartfon prezentuje się bardzo stylowo i aż dziw bierze, że Huawei udało się pod ekranem wcisnąć jeszcze czytnik linii papilarnych, który jak zawsze działa wzorcowo w 10 na 10 przypadków. Czytnik linii papilarnych może także pełnić funkcję przycisku nawigacyjnego. Po schowaniu przycisków ekranowych można zyskać odrobinę przestrzeni. Przyznam, że skusiłem się na tę opcję, korzystam z gestów na czytniku i jest to moim zdaniem najwygodniejszy ze sposobów korzystania z Huawei P20 Pro. Responsywność płytki dotykowej jest doprawdy zdumiewająco dobra.Huawei P20 Pro - recenzjaCałą obudowę okala ramka wykonana z dobrej jakości polerowanego aluminium. Znajdujące się na niej przyciski odczuwalnie klikają, są dobrze wyczuwalne pod palcami, a ich spasowanie nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z flagowcem. Na górze ramki znajduje się miła niespodzianka w postaci diody podczerwieni. Tak, Huawei P20 Pro może pełnić rolę pilota do telewizora.Huawei P20 Pro - recenzja #break#

Multimedia, wydajność i łączność

Huawei P20 Pro korzysta z najnowszego Androida 8.1 i najnowszej wersji nakładki EMUI 8.1. Jak już wspomniałem wcześniej, oprogramowanie P20 Pro pozwala zniwelować efekt "notcha" poprzez wyłączenie paska w górnej części ekranu (zastąpienie go czarną przestrzenią) i przeniesieniu go poniżej linii wysepki. Po co to robić, nie mam pojęcia.
Oprogramowanie pozwala też zmieniać kolejność przycisków ekranów lub ukryć je i zastąpić opcją nawigowania na czytniku linii papilarnych - takie rozwiązanie wykorzystuję i polecam. Alternatywnie, do nawigacji można wykorzystać także funkcję przycisku wiszącego, umieszczanego w dowolnej części ekranu - to rozwiązanie do gustu wciąż mi nie przypadło. Wielu osobom przypadnie do gustu tryb obsługi jedną ręką.
EMUI daje użytkownikowi bardzo szerokie możliwości w zakresie personalizacji systemu poprzez możliwość wyboru wielu tematów ze specjalnej apki. Sam smartfon daje z kolei możliwość zabezpieczenia urządzenia poprzez czytnik linii papilarnych lub fenomenalnie działającą funkcję rozpoznawania twarzy (działa nawet, gdy na nosie mamy okulary, sprawdziłem). Miłośnicy szuflady z aplikacjami mogą z niej skorzystać. Cała reszta może skorzystać z typowego dla EMUI stylu "kawa na ławę", czyli takiego, w którym wszystkie aplikacje wyświetlane są na kolejnych ekranach pulpitu. Nie zabrakło innych popularnych i znanych z EMUI funkcji - przestrzeni prywatnej, dobrego Menadżera telefonu z wbudowanym antywirusem, czy też możliwości blokowania odpowiednich plików i aplikacji hasłami, czy też odciskami palców.
Pasek powiadomień rozwijanych z górnej części ekranu nie zawiera (!) opcji włączania i wyłączania automatycznej jasności ekranu. Huawei, dlaczego to zrobiliście?! Z poziomu menu otwartych aplikacji można włączać funkcję dzielenia ekranu. Smartfon osiągał wyniki rzędu ponad 210 000 punktów w testach syntetycznych w benchmarku AnTuTu 7. Zeszłoroczny Kirin 970 to wciąż wydajny procesor, ale brakuje mu co nieco do najnowszego Snapdragona 845. Praca systemu jest płynna, a wymagające trójwymiarowe gry śmigają jak złoto. Co tu dużo mówić, Kirin 970 i 6 GB RAMu robią robotę, choć nikt nie pogniewałby się, gdyby Huawei już w P20 Pro zechciało zastosować jakiś nowszy i wydajniejszy procesor - ot, dla zasady. Wydajności nikomu raczej brakowało nie będzie, choć...
Muszę wspomnieć, ze oprogramowanie smartfona zachowywało się momentami dziwnie, gdy uruchomiony był program Messenger. Ten lubił się samoistnie minimalizować w trakcie pisania, a robienie zdjęć z przedniej kamerki z poziomu Messengera było niemożliwe. Niestety, błąd dotyczył wielu testowych egzemplarzy. Jedyna udostępniona aktualizacja oprogramowania po premierze niczego w tej kwestii nie zmieniła - wierzę, że egzemplarze sprzętowe takowej wady nie mają. #break#

Aparat

Huawei P20 Pro reklamowany był na paryskiej premierze jako najlepsze, co mogło spotkać miłośników fotografii mobilnej. Po ponad miesiącu testów stwierdzam, że istotnie tak jest. Pomimo, że uśmiechałem się pod nosem ze sceptycyzmem oglądając kolejne slajdy prezentacji, to po zrobieniu łącznie kilkuset zdjęć z czystym sumieniem stwierdzam, że mamy do czynienia z przełomem, przynajmniej jeśli chodzi o fotografię wieczorową i nocną. O aparatach Huawei P20 Pro napiszę chyba osobny artykuł, więc tu przytoczę suche fakty i pokażę Wam zdjęcia.Huawei P20 Pro - recenzjaGwoździem programu w Huawei P20 Pro jest główny sensor 1/1.7" o rozdzielczości 40 Mpix. Realna rozdzielczość jest jednak nieco niższa i lepiej prezentują się zdjęcia o rozdzielczości 10 Mpix. W rozdzielczości 40 Mpix nie działa z reesztą wiele ciekawych trybów, więc możliwość wykonywania fotografii w tej jakości traktujcie raczej jako ciekawostkę. Sensor dysponuje stabilizowanym optycznie obiektywem o ogniskowej 27 mm i jasności f/1.8. Na dokładkę otrzymujemy sensor monochromatyczny o rozdzielczości 20 Mpix (27 mm, f/1.6) oraz teleobiektyw (80 mm, f/2.4) dysponujący sensorem 8 Mpix. Wszystko to obrandowane marką Leica. Trzeba przyznać, że zoom optyczny 3x czyni cuda (tak naprawdę nie zoom, a przełączenie się na teleobiektyw), a obraz nie traci niczego na jakości. Nawet hybrydowy zoom 5x w dobrych jakościach oświetleniowych jest bezstratny, co zobaczycie sami przeglądając poniższe zdjęcia. Przednia kamerka o rozdzielczości 24 Mpix (f/2.0) jest niezła, ale robi w każdych warunkach nieco zbyt jasne zdjęcia. Ponownie, można by to naprawić oprogramowaniem - pytanie, czy to kiedykolwiek nastąpi. Jej największa wada to brak autofokusa, niestety. Huawei P20 Pro jest w stanie zejść z ISO w trybie automatycznym do rekordowego dla smartfonów poziomu 102 400. Czas naświetlania? od 1/4000 s do 30 sekund. Zdjęcia nocnego nieba? Nie ma sprawy. Huawei P20 Pro umożliwi Wam nawet robienie zdjęć nocnych z 4 sekundowym czasem naświetlania... z ręki. A zdjęcia będą ostre! Magia? Nie, ot nałożenie na siebie wielu różnych fotografii, podobnie jak przy fotografiach HDR. Kolory będą trochę przejaskrawione, ale... nie zwrócicie na to uwagi - będziecie po prostu zdumieni tym, co potrafi Huawei P20 Pro.P20 Pro nagrywa także filmy w rozdzielczości 4K i 30 kl./s., stabilizując jednak jedynie te w 1080p i 30 klatkach. Producent nie zapomniał o modnym trybie super slow motion w rozdzielczości 720p i w 960 klatkach na sekundę. Sztuczna inteligencja zaimplementowana w smartfonie automatycznie wykrywa najlepszy jej zdaniem (to ważne: jej zdaniem) tryb do zastosowania dla zastanej scenerii. Gdy w obiektywie znajdzie się kot, aktywowany zostanie tryb koty. Jeśli większość kadru zajmuje niebo, AI podbije kolor niebieski. I tak dalej. AI można wyłączyć lub każdorazowo anulować (bądź też nie) wyświetlane przez nią propozycje. AI przeważnie działa bardzo skutecznie, a kwestia uzyskiwanych przez nią efektów jest kwestią gustu. No i największa zaleta Huawei P20 Pro: zdjęcia w kiepskim oświetleniu lub w nocy. Wydaje się, że P20 Pro zdeklasował konkurencję - żaden inny smartfon nie jest w stanie choćby zbliżyć się do jakości, którą oferuje P20 Pro po zmroku. Zwróćcie uwagę na zdjęcia z kręgielni, gdzie osoby w obiektywie dynamicznie się ruszają, a smartfon mimo to potrafi "zamrozić" ich ruch. #break#

Bateria

Huawei P20 Pro należą się słowa pochwały choćby za sam fakt, że producentowi udało się w tak smukłej i zgrabnej obudowie zmieścić akumulator o pojemności aż 4000 mAh. Czym byłby jednak pojemny akumulator, gdyby nie odpowiednia optymalizacja multimediów i ogólnej pracy urządzenia? Na szczęście i tutaj firma Huawei i jej najnowsze dzieło wypadają solidnie. W teście odtwarzania wideo w jakości Full HD uzyskałem czas sięgający 13.5 godziny. Screen on time był bardzo nierówny i wahał się w granicach od 4.5 do nawet 6.5 godziny. Realnie, urządzenie jest w stanie naprawdę intensywnie przepracować pełny dzień, co jest wynikiem jak na flagowca w zupełności wystarczającym. Osoby sięgające po smartfona rzadziej bez problemu osiągną dwudniowy czas pracy.
Doskonale wypada dołączona w zestawie ładowarka SuperCharger, która zupełnie rozładowaną baterię smartfona ładuje w 1.5 godziny. Doskonały wynik. W ciągu 30 minut smartfona udało mi się naładować do 55%. Huawei obiecuje ok. 58%, więc rezultat jest zadowalający.

Podsumowanie

Huawei P20 Pro można z czystym sumieniem określić mianem smartfona rewolucyjnego. Nie jest to rewolucja od strony wydajności, której nikomu we flagowych smartfonach od dłuższego czasu nie brakuje. Huawei P20 Pro to krok naprzód jeżeli chodzi o fotografię mobilną - zwłaszcza w trudnych, nocnych warunkach oświetleniowych. Zdjęcia z czasem naświetlania 4 sekund z ręki? Proszę bardzo. Fotografie w totalnych ciemnościach bez wykorzystania lampy błyskowej? Z ISO 102 400 jest to możliwe. Nie pokuszę się o obiektywne stwierdzenie, że jest to najlepszy smartfon fotograficzny, bo konkurencja wcale nie wypada gorzej w innych niż nocnych warunkach (vide Samsung Galaxy S9+). Subiektywnie, uważam natomiast, że nic lepszego nie dostaniecie.huawei p20 pro recenzjaHuawei udało się stworzyć smartfona niemal idealnego i pozbawionego poważnych wad. Urządzenie punktuje w zasadzie we wszystkich najważniejszych aspektach - ma świetny ekran AMOLED, wydajną baterię, którą można naładować do pełna w oka mgnieniu, wodoodporną obudowę (IP67), głośniki stereo i doskonały czytnik linii papilarnych. Malkontenci pokręcą nosem na brak jacka 3.5 mm, ale Huawei rekompensuje to dodając niezłe słuchawki USB Typu C w zestawie. Brak gniazda na karty pamięci micro SD? Nie daje się aż tak mocno we znaki, jeśli weźmiemy pod uwagę, że sprzęt dysponuje 128 GB pamięci na dane. Tak naprawdę jedynym mankamentem było dla mnie dziwne i niezbyt stabilne zachowanie Facebook Messengera, którego nie wyeliminowała jak dotąd jedyna udostępniona aktualizacja oprogramowania. Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe uważam, że Huawei P20 Pro to najlepszy smartfon, jakiego kiedykolwiek stworzyła firma Huawei. Wcześniej wyjątkowo spodobał mi się Huawei Mate 10 Pro, ale P20 Pro skutecznie przejął jego miejsce w mym sercu - głównie za sprawą tego, co potrafi jego aparat.  
Mocne strony: Słabe strony:
----
- ogólna wydajność
- wyświetlacz AMOLED o świetnych parametrach
- dość długi czas pracy na baterii
- krótki czas ładowania do pełna
- fenomenalny aparat główny
- zdumiewająca jakość zdjęć nocnych
- bardzo dobra jakość zdjęć dziennych
- niezły aparat przedni
- niezłe słuchawki USB Typu C w zestawie
- wodoszczelna (IP67) obudowa
- głośniki stereo
- doskonały czytnik linii papilarnych
- port podczerwieni
- skuteczny face unlock
- brak gniazda kart micro SD
- brak jacka 3.5 mm
- sporadyczne błędy oprogramowania
]]>
Testy Najbardziej polecane Tue, 24 Apr 2018 07:00:00 +0200
TOP 18: Najdziwniejsze smartfony i telefony, jakie kiedykolwiek stworzono http://www.conowego.pl/testy/top-18-najdziwniejsze-smartfony-i-telefony-jakie-kiedykolwiek-stworzono-26015/ Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat producenci smartfonów i telefonów próbowali zaskakiwać... 1. HTC ThunderboltHTC Thunderbolt HTC Thunderbolt był pierwszym smartfonem obsługującym łączność 4G LTE i w przedsprzedaży był wszelkie rekordy popularności. Niestety, był także pierwszym smartfonem, który na pojedynczym ładowaniu baterii potrafił działać trzy godziny. TRZY. GODZINY. I to przy niezbyt intensywnych użytkowaniu! Smartfony notorycznie się restartowały, a aktualizacja systemowa do Androida w wersji 4.0.4 (z 2.2) trwała wieczność. Na HTC Thunderbolt spadła tak gigantyczna fala krytyki, że przedstawiciele HTC publicznie przepraszali, że takie coś trafiło w ogóle do sprzedaży.

2. Nokia N-GAGENokia N-GAGE

Wieszajcie na mnie psy, bo krytykuję sprzęt, który w wielu kręgach ma status kultowego. Dla mnie Nokia N-GAGE była po prostu modnym, drogim i zupełnie zbytecznym gadżetem. Ten smartfon przypominał bardziej konsolę do gier i w istocie... był nią, choć oczywiście z telefonu można było dzwonić, można było także za jego pomocą pisać SMSy. Urządzenie w założeniu miało rywalizować z Game Boyem od Nintendo, ale marna wydajność, niewielka biblioteka gier i konieczność kupowania drogich kartridży pogrzebały jego szanse na sukces.

3. Nokia 7600Nokia 7600

Rok 2003 to nie tylko premiera Nokii N-GAGE. To także premiera telefonu w kształcie łzy. Ironia polega na tym, że kształt symbolizuje hektolitry łez wylanych przez osoby, które zdecydowały się na zakup tego cuda designu. Urządzenie chciało być fajne na siłę, ale nietypowy kształt czynił je niezdatnym do wygodnego użytku, ot choćby wygodnego pisania modnych wtedy SMSów.

4. Samsung Galaxy S BeamSamsung Galaxy S Beam

Motorola ma swoje smartfony z modułami, pośród których znaleźć można m.in. moduł projektora. Kilka lat temu firma smartfon postanowiła stworzyć smartfona dysponującego wbudowanym projektorem o żenującej jasności i w cenie, która powodowała zawroty głowy. Niestety, urządzenie nie dysponowało wydajnymi podzespołami, więc nikt nie chciał wydawać na średniaka z nietypową i dość niepraktyczną funkcją, fortuny.

5. LG Optimus 3D / HTC EVO 3D

Te smartfony miały podwójna kamerę zanim to było modne. Drugi obiektyw był niezbędny do wykonywania trójwymiarowych zdjęć. A skoro trójwymiarowe zdjęcia, to także... Trójwymiarowy ekran w smartfonie! Wow! Wyobrażacie sobie jak wyglądałby dzisiejszy świat smartfonów, gdyby LG Optimus 3D i HTC EVO 3D nigdy nie powstały? A, czekajcie, przecież nie pamięta dziś o nich nikt poza niewielką garstką zapaleńców. Zaprezentowane w 2011 roku smartfony miały powodować ugięcie kolan, ale powodowały co najwyżej załamania nerwowe w wyniku pieniędzy wyrzuconych w błoto. Działanie efektów 3D pozostawiało wiele do życzenia. Poza tym, LG Optimus 3D znany był z niestabilnej pracy, notorycznych restartów oraz... nieinformowania użytkowników i nadchodzących SMSach i połączeniach. No po prostu super. LG Optimus 3D był swego czasu najwydajniejszym dwurdzeniowym smartfonem na świecie.LG Optimus 3DA HTC EVO 3D? Po prostu był i... i tyle warto wiedzieć.HTC EVO 3D

6. Microsoft Kin OneMicrosoft Kin One

Jeśli mydelniczki miałyby dodatkowe klawiatury, to wyglądałyby dokładnie tak, jak Microsoft Kin One. Microsoft już wtedy lubił wymuszać na swoich klientach określone zachowania - na Kin One nie można było instalować na przykład nowych aplikacji. Domyślne nie nadawały się do niczego, a brakowało wśród nich nawet kalendarza. Dacie wiarę, że Microsoft to coś próbował sprzedawać w 2010 roku? Kill it with fire. DALEJ.

7. Siemens XelibriSiemens XelibriSiemens Xelibri

Siemens Xelibri to seria czterech telefonów wydanych w 2003 roku, które wygrywają w konkursie na najbrzydsze telefony, jakie kiedykolwiek stworzono. Jeden wyglądał jak czopek, drugi jak puderniczka, trzeci jak termometr, a czwarty jak medalion na szyję (co ciekawe, specjalny uchwyt sugerował, by właśnie tak go nosić).

8. LG DoublePlayLG DoublePlay

Dwa ekrany w wykonaniu LG. Do tego rozsuwana klawiatura fizyczna. Przedzielona jednym z wyświetlaczy. Trudno powiedzieć co przesądziło o rynkowej klęsce urządzenia. Być może była to właśnie klawiatura QWERTY? Trudno wskazywać ją jako winowajcę, bowiem Nokia 5510 swego czasu sprzedawała się przecież znakomicie... Może ludzie pragnęli już wtedy wyłącznie "tapać" w ekran, a nie bawić się w klawiatury? #break#

9. GarminfoneGarminfone

ASUS i Garmin chciały stworzyć smartfona, który łączyłby najlepsze cechy nawigacji samochodowej oraz telefonu. Co z tego wyszło? Okropny, toporny smartfon z niepotrzebnie skomplikowanym oprogramowaniem, w którym nie było nawet tradycyjnego ekranu Home, na którym dałoby się umieszczać widgety i skróty do aplikacji. Mocno zmodyfikowany Android nikomu nie przypadł do gustu, a konsumenci woleli korzystać z darmowych map od Google...

10. Kyocera EchoKyocera Echo

Pierwszy smartfon z rozsuwanym, podwójnym ekranem miał być rewolucją. Kyocera sądziła, że połączenie dwóch ekranów 3.5-calowych w jeden ekran 4.7-calowy spowoduje zachwyt u użytkowników. No niestety, nie wyszło. Hype poprzedzający premierę urządzenia zupełnie nie przełożył się na wyniki sprzedaży. Powód był prosty: wszyscy stwierdzili, że drugi ekran to po prostu zbędny bajer znacząco podnoszący cenę smartfona. Gwoździem do trumny było fatalne oprogramowanie oraz mizerna wydajność.

11. ZTE Axon MZTE Axon MZTE Axon M

ZTE zupełnie nie wyciągnęło wniosków z porażki Kyocery i pod koniec 2017 roku zaprezentowała swój smartfon z rozkładanym, podwójnym ekranem o łącznej powierzchni aż 6.75-cala. Niestety, po raz kolejny nikt nie widział w tym nic ponad "zbyteczny bajer". W skutecznej sprzedaży urządzenia nie pomogła nawet niezła specyfikacja (Snapdragon 821 i 4 GB RAMu).

12. Motorola FlipoutMotorola Flipout

"Stwórzmy oryginalnego smartfona, który porwie tłumy!", powiedział ktoś w firmie Motorola. "Okej, niech będzie kwadratowy, a po przekręceniu ekranu niech ujawnia kwadratową, fizyczną klawiaturę!", powiedział ktoś inny. To się musiało zakończyć spektakularną porażką, prawda? No i tak właśnie się zakończyło. Niska rozdzielczość niewielkiego ekranu, fatalne działanie oprogramowania, zerowa wydajność, a na deser żenująco słaba bateria. Urządzenie lepiej nadawało się do wbijania gwoździ, niż użytkowania jako multimedialny smartfon. Dziś Motorola Flipout jest ciekawostką dla kolekcjonerów.

13. Motorola BackflipMotorola Backflip

To coś kosztowało w momencie premiery równowartość 2000 złotych, czyli więcej niż ówczesny iPhone. Znakiem rozpoznawczym Motorola Flipout była rozkładana fizyczna klawiatura QWERTY, która po złożeniu znajdowała się za wyświetlaczem i wycierała się na przykład w momencie, gdy przesuwaliśmy smartfona po powierzchni biurka oraz... touchpad. Recenzenci narzekali, że touchpad łatwo jest nieopatrznie aktywować, a 3.1-calowy ekran dotykowy... błędnie reaguje na dotyk. Żyć nie umierać, co?

14. LG Optimus VuLG Optimus Vu

LG zapragnęło stworzyć smartfona z ekranem 4:3. I na swoje nieszczęście faktycznie stworzyło. Chwilę premierze LG Optimus Vu świat natychmiast o nim zapomniał. Tragiczna wydajność, niska rozdzielczość ekranu, niestandardowe proporcje, do których nie dało się dopasować aplikacji, niezbyt atrakcyjna cena... błe.

15. Sony Xperia PlaySony Xperia Play

Sony myślało, że kopiując Nokię N-Gage uda im się stworzyć smartfona dla graczy. Niestety, pomysł może i był dobry, ale wykonanie było tragiczne. Fatalne kontrolery, mierna wydajność, zerowa dostępność gier, kiepski ekran, bardzo krótki czas pracy na baterii... leżącego mógłbym kopać dalej, ale już mi się nie chce.

16. HTC ChaChaHTC ChaCha

Kiedy chcesz stworzyć "coś na wzór jakiegokolwiek telefonu od BlackBerry", ale wychodzi Ci totalnie brzydki klocek o stylistyce przypominającej mydło. Sprzedaż była początkowo przeciętna, a potem po prostu fatalna. ChaCha był jednym z "Facebookowych smartfonów" dedykowanych nastolatkom i podobnie jak HTC Status i HTC First okazał się po prostu zwykłym gniotem. Młodych nie porwał, starsi woleli BlackBerry. Dzięki temu HTC w 2013 roku zaliczyło jedną ze swoich pierwszych spektakularnych wtop.

17. Samsung Galaxy Note 7Samsung Galaxy Note 7

Pierwszy na świecie samoczynnie i niespodziewanie wybuchający smartfon (usterki stwierdzono w przypadku pewnej liczby egzemplarzy, w przypadku reszty ryzyko wywołane wadą fabryczną było ponoć niewielkie). Niestety, innowacyjna funkcja nie spodobała się użytkownikom i wybranym liniom lotniczym, a urządzenie wycofano ze sprzedaży.]]>
Testy Najbardziej polecane Mon, 16 Apr 2018 22:35:00 +0200
Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 - recenzja ultralekkiego twardziela http://www.conowego.pl/testy/lenovo-thinkpad-x1-carbon-2017-recenzja-ultralekkiego-twardziela-25873/ Czy ultraprzenośny laptop biznesowy może oferować zwiększoną odporność na uszkodzenia?...

Specyfikacja Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017

Ekran: 14" 1920x1080 pikseli, matowy
Procesor: Intel Core i7-7500U
RAM: 8 GB RAM
Grafika: Intel HD Graphics 620
SSD: 512 GB Samsung MZVLW512 NVMe
System: Windows 10
Waga: 1.12 kg
Cena: ok. 7900 złotych


Lenovo ThinkPad X1 to seria laptopów znana ze swojej ultrasmukłej budowy, niewielkiej masy i parametrów, którymi nie powinien wzgardzić żaden człowiek biznesu. Testowany przeze mnie egzemplarz to Lenovo ThinkPad X1 Carbon w wersji z 2017 roku (20HR002MGE), wyposażony w energooszczędny procesor Intel Core i7-7500U, który ma zapewniać idealny kompromis pomiędzy wydajnością, a długim czasem pracy na baterii. Urządzenie jest także wyposażone w gniazdo kart SIM z obsługą LTE, które pozwoli uzyskać dostęp do Internetu wszędzie tam, gdzie tylko sięga zasięg wybranego operatora.Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 - recenzja Obudowa Lenovo ThinkPad X1 Carbon robi świetne wrażenie swoją lekkością (1.1 kg) i niewielką grubością. Urządzenie udało się także względem poprzednich modeli wysmuklić po bokach. Udało się to osiągnąć za sprawą wykorzystania 14-calowej matowej matrycy Full HD o naprawdę cienkich bocznych ramkach. W zestawieniu z powyższymi zdumiewać może fakt, że urządzenie jest wzmocnione i odporne na naprawdę wiele rodzajów uszkodzeń. Trudno jest je zalać wodą, w szczeliny nie dostaje się kurz, a obudowę cechuje podniesiona odporność na uszkodzenia mechaniczne. Wszystko za sprawą aluminiowej ramy oraz obecności włókien szklanych i węglowych, którymi wzmocniono elementy plastikowe. Wytrzymałość urządzenia nieźle obrazuje film przygotowany przez Lenovo oraz nasze redakcyjne testy.
Lenovo względem poprzedniego modelu znacząco poprawiło zawiasy, które umożliwiają otwarcie pokrywy ekranu pod kątem 180-stopni. Zawiasy działają płynnie i zapewniają solidne trzymanie ekranu, który wydaje się w żaden sposób nie reagować na ewentualne wstrząsy, będąc pewnie osadzonym w takiej pozycji, w jakiej ustawi go użytkownik.Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 - recenzja Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 - recenzja Testowany laptop korzysta z 14-calowej, matowej matrycy Full HD (1920x1080 pikseli), wykonanej w technologii IPS. Zmierzona jasność ekranu to rozsądne 285 cd/m2. Współczynnik kontrastu wynosi tutaj 1285:1, co jest wynikiem bardzo dobrym. Czytelność wyświetlacza w pełnym słońcu jest dobra za sprawą matowej powierzchni. Matryca jest w stanie wyświetlacz 86% palety barw sRGB i ok. 57% Adobe RGB. Nie są to imponujące wartości, ale w laptopach biznesowych jest to norma.Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 - recenzja Urządzenie wyposażono w dwa głośniki stereo, które grają po prostu poprawnie. Reprodukcja dźwięków stoi na satysfakcjonującym poziomie, a głośniki akcentują mocno zwłaszcza tony wysokie. Nagłośnienie cechuje się wystarczająco dużą mocą, aby wygodnie pooglądać film w niewielkim gronie osób. Od tak smukłego urządzenia trudno jest wymagać zaawansowanych systemów audio, więc trudno być przesadnie krytycznym.Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 - recenzja Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 - recenzja Wszystkie elementy notebooka Lenovo są dobrze spasowane i laptop w żadnym swoim punkcie nie trzeszczy. Na wyrazy najwyższego uznania zasługuje szklany gładzik, który zdaniem testujących go redaktorów Conowego.pl jest jednym z najlepszych touchpadów, jakie kiedykolwiek spotkaliśmy w laptopach. Jest precyzyjny, oferuje dobry poślizg, obsługuje gesty przy pomocy maksymalnie 4 palców i nie posiada najmniejszych luzów.Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 - recenzja Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 - recenzja Klawiatura w tak niewielkim urządzeniu musi być oczywiście pozbawiona bloku numerycznego. Pomimo kompaktowych rozmiarów jest ona wygodna, a klawisze charakteryzuje odczuwalne i dobrze zaakcentowane kliknięcie. Odstępy między klawiszami są minimalne, ale dobre ich wyprofilowanie gwarantuje należyty poziom precyzji. Pomiędzy przyciskami G H i B umieszczono znak rozpoznawczy kultowej serii - charakterystyczny czerwony TrackPoint.Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 - recenzja Jak przystało na laptopa biznesowego, ThinkPad X1 Carbon oferuje pokaźny zestaw złączy. O obecności gniazda na kartę SIM w standardzie LTE w tylnej części obudowy już wspominałem. W tym samym miejscu usytuowano gniazdo na kartę pamięci w standardzie micro SIM. Dostęp do gniazda nie jest niestety najwygodniejszy. Co ważne, port nie jest portem hybrydowym, więc jednocześnie użytkownik korzystać może z karty SIM oraz karty pamięci micro SD. W laptopie znajdziemy ponadto dwa porty USB 3.0, dwa USB Typu C z obsługą Thunderbolt 3 (40 Gbps, DisplayPort 1.2a), pełnowymiarowe wyjście HDMI oraz złącze Mini-Ethernet. Całkiem nieźle jak na takiego smukłego "chudzielca".Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 - recenzja W zakresie komunikacji, prócz łączności LTE, Lenovo ThinkPad X1 Carbon oferuje dwuzakresowy moduł Wi-Fi Wireless-AC 8265 oraz Bluetooth 4.2. W niektórych modelach laptopa obecny jest nawet moduł NFC. Twórcy laptopa nie zapomnieli także o aspektach bezpieczeństwa - dostęp do urządzenia można chronić odciskiem palca, a w urządzeniu dostępna jest blokada Kensington. #break# Wydajność urządzenia jest taka, jakiej można oczekiwać od laptopa biznesowego, który ma oferować przede wszystkim długi czas pracy na baterii. W zastosowaniach typowo biurowych procesor Core i7-7500U, układ graficzny Intel HD Graphics 620 i 8 GB RAMu dają sobie bezproblemowo radę. Aplikacje uruchamiają się szybko, przełączanie pomiędzy nimi odbywa się bez żadnych opóźnień, a materiały wideo w wysokiej rozdzielczości odtwarzane są w sposób płynny. W zadaniach tych pomaga bardzo szybki dysk SSD NVMe w gnieździe PCIe x4 produkcji Samsunga o pojemności 512 GB, który dodatkowo znacząco przyspiesza czas operacji na plikach i czas wczytywania się systemu. Zmierzone programem CrystalDiskMark 3.0 prędkości odczytu i zapisu sekwencyjnego plików wynosiły odpowiednio 1865 MB/s i 1412 MB/s, co jest wynikiem doskonałym. Niestety, dodatkowego dysku dorzucić tutaj nie można.Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 - recenzja Kultura pracy laptopa Lenovo ThinkPad X1 Carbon stoi na zadowalającym poziomie. Urządzenie chłodzone przez dwie rurki cieplne i pojedynczy wentylator jest w stanie oddawać ciepło w trybie pasywnym i robi to stosunkowo często. Podczas przeglądania zasobów sieci możecie być pewni, że przez większość czasu urządzenie będzie pracowało bezgłośnie. Podczas uruchamiania bardziej wymagających programów uruchomi się wentylator, który nie należy do wyjątkowo cichych, ale poziom emitowanego przez niego hałasu nie jest też drażniący. W zastosowaniach typowo biznesowych ThinkPad X1 Carbon powinien zapewniać niemal bezustanną ciszę.Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 - recenzja Lenovo ThinkPad X1 Carbon pokazuje pazur w teście czasu pracy na baterii. Pod maksymalnym obciążeniem urządzenie jest w stanie przepracować ok. 2 godzin, co biorąc pod uwagę maksymalną jasność ekranu, włączony tryb wysokiej wydajności i aktywne Wi-Fi jest wynikiem świetnym. Podczas typowo redaktorskiej pracy, przy jasności zmniejszonej do poziomu ok. 70%, bateria laptopa pozwalała mi na 7.5-8 godzin zapomnieć o konieczności podłączenia urządzenia do ładowarki. W teście odtwarzania wideo w rozdzielczości Full HD, przy jasności ekranu ustawionej na 50%, laptop wyłączył się dopiero po 12.5 godziny. Ogromną zaletą jest relatywnie krótki czas ładowania laptopa, który wynosi ok. 2 godzin i 10 minut. Do poziomu 75% baterię da się naładować w niecałą godzinę. Podsumowanie Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 to naprawdę przemyślana i udana konstrukcja, której największą wadą wydaje się być jej wysoka cena. Laptop imponuje smukłą i ultralekką konstrukcją, przy której wysoka wytrzymałość oraz odporność na działanie wody i uszkodzenia mechaniczne są naprawdę miłymi dodatkami. Lenovo ThinkPad X1 Carbon oferuje też bogaty zestaw złączy, w tym czytnik kart pamięci micro SD, gniazdo LTE, a także porty USB Typu C z obsługą Thunderbolt 3. Klawiatura jest wygodna, touchpad jeszcze wygodniejszy, a praca z laptopem to czysta przyjemność. Jeden z najważniejszych parametrów jakim bez dwóch zdań jest czas pracy na baterii również zasługuje na ciepłe słowa.Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 - recenzja Co można poprawić? Na pewno wyciszyć nieco układ chłodzenia, który pod dużym obciążeniem potrafi dać się we znaki, a mimo to nie chłodzi najlepiej dość ciepłego procesora Core i7. Lenovo mogło też pokusić się o nieco lepsze głośniczki oraz gniazdo na karty micro SD, z którego da się wygodniej korzystać.  
Mocne strony Słabe strony
-----
- fenomenalna jakość wykonania
- lekka i smukła obudowa
- matowa matryca o dobrych parametrach
- szybki dysk SSD NVMe
- wydajna praca
- bardzo długi czas pracy na baterii
- mnóstwo praktycznych portów
- konstrukcja odporna na zalania i uszkodzenia
- modem LTE

- przeciętne głośniki
- układ chłodzenia głośny pod obciążeniem
- niewygodne w użyciu gniazdo kart micro SD
- pokrywa łatwo zbiera odciski palców
Lenovo ThinkPad X1 Carbon 2017 recenzja]]>
Testy Najbardziej polecane Fri, 30 Mar 2018 19:00:00 +0200
Asus GL502VS - recenzja wydajnego laptopa dla graczy http://www.conowego.pl/testy/asus-gl502vs-recenzja-wydajnego-laptopa-dla-graczy-25816/ Ultracienki i elegancki, a może nieco grubszy, ale znacznie lepiej chłodzony? Asus GL502VS to...

Specyfikacja ASUS GLV502VS

Ekran: 15.6" Full HD, 120 Hz + G-Sync, matowy
Procesor: Intel Core i7-7700HQ
Karta graficzna: NVIDIA GeForce GTX 1070
RAM: 16 GB
SSD/HDD: 256 GB SSD M.2, 1000 GB SATA 7200 obr./min.
Złącza: USB Typu C, 3x USB 3.1, czytnik kart pamięci, RJ-45, HDMI, mini DP, combo jack
System: Windows 10
Waga: 2.25 kg (z baterią)

Cena: 7499 złotych w sklepie x-kom.pl

Budowa i jakość wykonania

Jeden rzut oka na specyfikację testowanego przeze mnie laptopa i już wszyscy wiecie, ze mamy do czynienia z propozycją z wysokiej półki. Daleko tutaj do poziomu najwyższej półki cenowej, czyli chociaż ultrasmukłego laptopa ASUS ROG Zephyrus z GTX 1080 Max-Q na pokładzie (ok. 12 000 złotych), czy też konstrukcji z dwoma GTX 1080 w SLI (ok. 16 000 złotych), ale jest to z pewnością wysoka półka wydajnościowa i... nie tylko. ASUS GLV502VS zwraca uwagę bardzo ciekawą matrycą.Asus GL502VS - recenzjaProducent zrezygnował z mamienia graczami zbędnie nadmuchaną (przy tak małej matrycy) rozdzielczością na poziomie 4K. Zamiast tego otrzymaliśmy matowy panel Full HD (1920x1080 pikseli) o przekątnej 15.6-cala, wykonany w technologii IPS, o częstotliwości odświeżania 120 Hz i wykorzystujący technologię Nvidia G-Sync. Wykorzystanie takiego właśnie ekranu zapewnia zabawę wolną od efektu poszarpanych klatek, smużenia oraz stutteringu, które przy wydajności gwarantowanej przez podzespoły laptopa z pewnością występowałyby na zwykłych matrycach 60 Hz. Wyświetlacz z pewnością mocno podnosi cenę urządzenia - dość powiedzieć, że G-Sync spotykany jest w monitorach dla graczy sprzedawanych za 1800 złotych i więcej.Asus GL502VS - recenzjaEkran urządzenia ma naprawdę świetne parametry. Zmierzona jasność wynosi średnio ok. 319 cd/m2, a współczynnik kontrastu to 1135:1. Pokrycie palety barw sRGB w testowanym modelu wynosiło rozsądne 94%. DeltaE, czyli odchylenie poprawności kolorów przyjęło niską wartość 4.2. Laptop ASUS GLV502VS zamknięty został w obudowie o grubości 30 milimetrów, w której ekran osłania powierzchnia wykonana z aluminium. Nie jest to może najsmuklejsza z konstrukcji, ale w parze ze słuszną wysokością laptopa idzie także wydajny układ chłodzenia, który po prostu musi być obecny w sytuacji, gdy w środku drzemie desktopowy GeForce GTX 1070, który swoją wydajnością rywalizuje bez problemu z GeForce GTX 1080 Max-Q. Na pocieszenie: relatywnie "niska" waga. Ile? 2.25 kilogramów, oczywiście z baterią. Całkiem rozsądnie jak na mobilny sprzęt o tej wydajności i wymiarach.Asus GL502VS - recenzjaAsus GL502VS - recenzjaAsus GL502VS - recenzjaAsus GL502VS - recenzjaASUS GLV502VS oferuje bardzo bogaty zestaw nowoczesnych złączy, które powinny być obecne w każdym z urządzeń tego typu. Użytkownik ma do dyspozycji port USB Typu C, 3 porty USB 3.1, wyjścia HDMI oraz mini DisplayPort, coraz rzadziej spotykane złącze RJ-45 (Ethernet), port combo jack 3.5 mm, a nawet czytnik kart pamięci.Asus GL502VS - recenzjaNa ciepłe słowa zasługuje pełnowymiarowa klawiatura z pełnowymiarowym blokiem numerycznym. Klik klawiszy jest bardzo satysfakcjonujący i wyraźnie odczuwalny, a pisanie i granie jest zaskakująco przyjemne. Mówię to jako osoba szczerze nienawidząca pracy na klawiaturze laptopa, więc jest to dość spory komplement. Klawisze WSAD wyróżnione są czerwonymi, dość subtelnymi obwódkami. Czerwone są także wszystkie fonty na klawiszach. Klawiatura ASUS GLV502VS jest podświetlana na kolor czerwony, a intensywność podświetlenia można wygodnie regulować z poziomu klawiatury.Asus GL502VS - recenzjaAsus GL502VS - recenzjaDookoła klawiatury znajdziemy mnóstwo plastiku, którego wygląd ma imitować szczotkowane aluminium. Zastosowanie tego tworzywa na pewno odchudziło laptopa o kilkaset gramów, jednakże entuzjaści urządzeń "premium" mogą mu zarzucić, że wygląda przez to "tanio". Mi to nie przeszkadzało. Miejsca na nadgarstki jest naprawdę sporo, a plastik nie ugina się pod ich ciężarem oraz nie trzeszczy. Na srogą burę zasłużyły w moim odczuciu osoby odpowiedzialne za projektowanie płytki dotykowej. Touchpad jest wprawdzie duży i poprawnie odczytuje ruchy palca, jednakże do poziomu komfortu oferowanego przez znacznie mniejszy touchpad ASUSa Zephyrusa brakuje mu naprawdę sporo. Nie precyzja budzi jednak moje największe wątpliwości, a osadzenie płytki dotykowej. Posiada ona luz, który jest tym bardziej irytujący, że każdorazowe położenie na niej palca skutkuje wyczuwalnym i słyszalnym "stuknięciem". Moim zdaniem taka sytuacja nie powinna absolutnie mieć miejsca w sprzęcie za tak duże pieniądze. Trudno mi sobie wyobrazić, by była to wada wszystkich modeli i chcę wierzyć, że trafiłem na felerną sztukę.Asus GL502VS - recenzjaWszystkie otwory wentylacyjne wyrzucające powietrze na zewnątrz obudowy laptopa umieszczono w tylnej jego części. Są naprawdę spore, co ułatwia cyrkulację powietrza. Na drodze powietrza staje niestety pokrywa laptopa, gdy jest otwarta pod kątem 90 stopni i większym, kierując strumień gorącego powietrza bezpośrednio w dół. Cóż, na tak wydajnych laptopach i tak raczej nie gra się na kolanach, więc...Asus GL502VS - recenzjaAsus GL502VS - recenzjaGłośniki w notebooku zostały umieszczone w niezwykle ciekawy i estetyczny sposób. Znajdują się po bokach obszaru, na którym użytkownik opiera swoje nadgarstki. Niewielkie głośniczki stereo są bardzo głośne i nie przesterują nawet w pobliżu maksimum skali głośności. Bassy są ograniczone, jak to w laptopach, ale sprzęt nadaje się naprawdę dobrze na przykład do odtwarzania filmów większym gronie znajomych. Nieznacznie akcentowane są tony średnie, co w przypadku muzyki pozwala lepiej wydobyć wokale. Nieźle brzmią zwłaszcza dźwięki muzyki akustycznej. Dźwięk jest ogólnie dobrze zbalansowany i nieźle odwzorowuje przestrzeń.Asus GL502VS - recenzja   #break#

Wydajność i kultura pracy

Laptop ASUS GLV502VS posiada matrycę o rozdzielczości Full HD, ale po podpięciu zewnętrznego monitora i obniżeniu poziomu detali do wysokich lub średnich można bez problemu wykorzystywać go do zabawy w rozdzielczości 2K, a czasem nawet 4K. Pozwalają na to wydajne podzespoły. Procesor Intel Core i7-7700HQ oraz karta graficzna Nvidia GeForce 1070 (GPU 1582 MHz, 1771 MHz Boost) to duet, który radzi sobie z absolutnie każdą nową produkcją w ok. 60 klatkach na sekundę, przy najwyższym poziomie detali i rozdzielczości Full HD. To także sprzęt pozwalający na komfortową rozgrywkę w świecie VR. Oto wyniki wydajności w kilku popularnych grach.Asus GL502VS wydajnoscObecność wydajnego procesora (jednego z najwydajniejszych, jakie obecnie można spotkać w laptopach) oznacza, że sprzęt wykorzystywać można także z powodzeniem do sprawnego renderowania filmów w wysokiej rozdzielczości, obróbki materiałów graficznych oraz pracy w środowiskach, z których korzystają na przykład architekci.Asus GL502VS - recenzjaASUS GLV502VS w testowanym wariancie dysponuje dwoma magazynami danych - SSD M.2 o pojemności 256 GB oraz dyskiem talerzowym o pojemności 1 TB i prędkości obrotowej 7200 obr./min. W teście zapisu sekwencyjnego dysk SSD ograniczało połączenie SATA III, pozwalające na prędkości odczytu na poziomie ok. 490 MB/s i zapisu na poziomie ok. 309 MB/s. Nieźle, choć nieco gorzej niż w przypadku dysków SSD NVMe.Asus GL502VS - recenzjaGLV502VS chłodzony jest pasywnie w sytuacji, gdy temperatury utrzymują się na niskim poziomie, więc laptop pracuje wtedy zupełnie bezgłośnie. Pod największym obciążeniem temperatury GPU rosły nawet do ok. 80 stopni - wtedy dawał o sobie znać system chłodzenia, na który składały się dwa 50-milimetrowe wentylatory. W grach było jednak nieco chłodniej i spokojniej. Przy dużym obciążeniu system jest dość głośny, jednakże w żaden sposób nie wyróżnia się na tle innych laptopów, które dane mi było testować. Jeśli gracie w słuchawkach, a większość graczy bawi się właśnie w ten sposób, to hałas nigdy nie będzie problemem.

Czas pracy na baterii

Z laptopów gamingowych prawie nigdy nie korzysta się bez podłączenia ich do ładowarki sieciowej. Wydajność ASUSa GLV502VS bez ładowarki spada z resztą znacząco, o czym trzeba pamiętać każdorazowo uruchamiając jakąś grę. Tak czy inaczej, jeśli zechcecie korzystać z laptopa bez podpiętej ładowarki, nastawcie się na ok. godzinkę intensywnej zabawy. Bateria pozwala też na ok. 3-3.5 godziny surfowania po sieci.Asus GL502VS - recenzjaPodsumowanie ROG Strix GL502VS wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie przede wszystkim jeśli chodzi o wysoką wydajność, idącą w parze z potencjałem, jaki daje graczowi wykorzystana tu matowa matryca Full HD z G-Sync i odświeżaniem 120 Hz. Urządzenie radzi sobie wzorowo nie tylko z grami w rozdzielczości Full HD, ale także 2K, a nawet 4K, oczywiście po podłączeniu zewnętrznego monitora. Laptop waży przy tym wszystkim relatywnie niewiele, choć daleko mu do ultralekkich urządzeń z Max-Q (znacznie droższych). Urządzenie pracuje dość głośno pod obciążeniem, ale to domena każdego dobrze chłodzonego laptopa dla graczy. Co jeszcze? Detale. Duże ilości plastiku wykorzystanego do stworzenia obudowy pozostawiać mogą nienajlepsze wrażenie. Touchpad posiadał lekki i irytujący luz. Cena jest dość wysoka, ale przy obecnych cenach kart graficznych - łatwiej ją przełknąć. Laptop kosztuje obecnie 7499 złotych w sklepie x-kom. Znaleźć tam można także nieco tańsze konfiguracje urządzenia.  
Mocne strony: Słabe strony:
-----
- bardzo wysoka wydajność w grach
- wydajność wystarczająca do VR
- doskonała wysokokontrastowa matryca IPS
- ekran 120 Hz z G-Sync
- bardzo wygodna, pełnowymiarowa klawiatura
- kultura pracy na dobrym poziomie
- szeroki wybór złączy
- solidna obudowa
- niezłe głośniki
- całkiem lekki jak na swoją wydajność
- irytujący luz na touchpadzie (słyszalny)
- głośność pod pełnym obciążeniem
- dość wysoka cena
Asus GL502VS - recenzja ]]>
Testy Najbardziej polecane Sun, 25 Mar 2018 20:00:00 +0200
Final Fantasy XV Windows Edition - recenzja najlepszej wersji jRPGa http://www.conowego.pl/testy/final-fantasy-xv-windows-edition-recenzja-najlepszej-wersji-jrpga-25784/ Final Fantasy XV na żadnej innej platformie nie wygląda tak dobrze jak na komputerach osobistych.... W oczy od razu rzuca się specyficzna stylistyka gry. Wcielacie się w niej w postać Noctisa Lucisa Caleuma, młodego księcia, który wraz z osobliwymi znajomymi wyglądającymi jak boysband z lat 90' ze swoimi przyjaciółmi (Glaudiolusem, Ignisem i Prompto) wyrusza z ważną misją w samochodową podróż po państwie Lucis. Oczywiście już na samym początku wyprawy samochód się psuje, rzecz jasna po środku niczego. Po dopchnaniu wozu do najbliższego warsztatu poznajemy Cindy, jedną z ikonicznych postaci z nowej odsłony Final Fantasy. Tak zaczyna się niepozorna przygoda, która po jakimś czasie zmienia się w regularną rozwałkę w stylu niczym nieprzypominającym klasycznych części cyklu. A potem? Potem jest kolejny plot twist, który jeszcze bardziej śrubuje tempo zabawy i świat gry niespodziewanie staje się mroczny...Final Fantasy XV Windows Edition recenzjaOtwarty świat Final Fantasty XV zastosowany został w serii na tak dużą skale po raz pierwszy. Aktywności dodatkowe? Możecie gotować, polować na wielgachne stwory, robić zdjęcia, odnajdywać ukryte przedmioty, a nawet łowić ryby. Gracze mogą wybrać manualne przemieszczanie się po zakamarkach Lucis za kierownicą samochodu lub korzystanie z opcji szybkiej podróży, która tutaj zaimplementowana jest w formie autopilota, prowadzącego prosto do wyznaczonego celu. Czasem warto to zrobić, wywalić nogi na biurko i wsłuchać się w ścieżkę dźwiękową, którą zaliczam do jednej z najlepszych ścieżek dźwiękowych w grach, ever.Final Fantasy XV Windows Edition recenzja"Roadtrip" o którym wspominałem na początku zbliża do siebie bohaterów, a nam pozwala lepiej poznać ich osobowości, które zostały rozpisane w sposób naprawdę bezbłędny. Są złożone, ciekawe, a my mamy wrażenie uczestniczenia w kompletnej historii, tak jak podczas wczytywania się w dobrą książkę. W Final Fantasy XV oprócz głównej ścieżki fabularnej mamy do dyspozycji mnóstwo zadań pobocznych, których wykonanie może zająć nawet do 100 godzin. Wątek główny zajmie Wam 25-30 godzin. Twórcy zadbali o takie rzeczy jak cykl dnia i nocy, a nawet wprowadzili do gry konieczność spożywania posiłków, realnie wpływających na to, jak postacie radzą sobie w walce. Swoją drogą, posiłkom w Final Fantasty XV poświęciliśmy osobny artykuł... Serio, przeczytajcie go.Final Fantasy XV Windows Edition recenzjaRozgrywkę obserwujecie z perspektywy trzeciej osoby, w czasie rzeczywistym, z możliwą pauzą podczas walki na wzór oferowanej przez grę SUPERHOT - czas biegnie jedynie wtedy, gdy wykonujecie jakieś ruchy. Final Fantasy XV nie jest jRPGiem turowym. Bardziej przypomina grę typu action RPG, a model rozgrywki mocno przypomina Kingdom Hearts. Postać Noctisa dysponuje 4 slotami, w które włożyć możecie oręż lub magię (3 żywioły) - w zależności od preferencji. W trakcie walki możecie się płynnie przełączać pomiędzy każdym z rodzajów ataku. Zapomnijcie zupełnie u turowych walkach znanych z klasycznych odsłon FF.Final Fantasy XV Windows Edition recenzjaWalki są naprawdę widowiskowe i efektowne, a system wyprowadzania uderzeń, kontr i uników całkiem zaawansowany jak na RPGa. Każdy atak można wyprowadzić z kilku różnych stron, a sprawne operowanie prawym przyciskiem myszki determinuje skuteczność bloku i unikania ciosów przeciwnika. Podczas walk można nawet chować się za przeszkodami, regenerując w ten sposób MP, czyli punkty pozwalające wykorzystywać umiejętności podczas walki. Z czasem ekipa staje się coraz bardziej zgrana i pojawia się możliwość wyprowadzania skutecznych, koordynowanych ataków zespołowych. Oprawa graficzna w Final Fantasy XV w wersji na PC jest odczuwalnie bardziej dopracowana niż w wydaniu na konsole Xbox One i PlayStation 4. Przede wszystkim znacząco podniesiono rozdzielczość zdecydowanej większości tekstur, które w wielu miejscach wyświetlane są w rozdzielczości 4K. Poprawiono dynamiczne oświetlenie, jakość cieni, dodano lepsze antyaliasing, efekt rozmycia... Dość powiedzieć, że gra na komputerze w Średnich ustawieniach wygląda tak samo jak na PS4 Pro, a #pcmasterrace otrzymało do dyspozycji jeszcze ustawienia Wysokie oraz Najwyższe. Zmian jest naprawdę sporo, a te, które wymieniłem wyżej nie są jeszcze wszystkimi usprawnieniami.Final Fantasy XV Windows Edition recenzjaFirma NVIDIA postarała się, aby tytuł wspierał wszystkie nowe, ciekawe technologie tego producenta. Gracze mogą więc cieszyć się aż pięcioma różnymi technologiami NVIDIA GameWorks. Wśród nich znajdziemy NVIDIA Flow, HairWorks, ShadoWorks, Turf Effects oraz VXAO. Za co odpowiadają poszczególne opcje dostępne w menu ustawień graficznych?

- NVIDIA Flow – wpływa na realizm wyświetlania dynamicznych efektów, płynów, ognia i dymu
- NVIDIA HairWorks – realistyczne owłosienie postaci oraz futra zwierząt i potworów zamieszkujących świat gry
- NVIDIA ShadowWorks – umożliwia renderowanie cieni rzucanych przez postać na innej postaci
- NVIDIA Turf Effects – wyświetlanie dynamicznej trawy i roślinności w środowisku gry
- NVIDIA VXAO – wzbogaca głębię i realizmu sceny za pomocą symulacji fizycznych charakterystyk cienia i światła

Jest tego trochę, prawda? Co ważne, efekty są widoczne, zwłaszcza wtedy, gdy tempo gry trochę zwalnia, a my delektujemy się oprawą graficzną. A to jeszcze nie wszystko. NVIDIAzaimplementowała także technologie dodatkowe, nie związane z wyświetlaniem grafiki. Mamy tu choćby możliwość wykorzystania NVIDIA Ansel, narzędzia do tworzenia fotografii w grach, umożliwiające dowolne wykadrowanie sceny, zastosowanie filtrów postprocesowych, rejestrowania obrazów HDR w formatach o wysokiej jakości, a także tworzenia i udostępniania obrazów o 360-stopniowym polu widzenia do obejrzenia na telefonie komórkowym, komputerze lub za pośrednictwem zestawu VR. Dostępna jest również funkcja NVIDIA Highlights, która automatycznie rejestruje najlepsze momenty z gier w formie zrzutów ekranu, filmów oraz gifów.
I wiecie co jest najlepsze? Że po włączeniu wszystkich wodotrysków od NVIDIA i ustawieniu jakości grafiki na Wysoką, gra wciąż działa płynnie na karcie pokroju NVIDIA GeForce GTX 970. Laptop z GTX 1070 na pokładzie radził sobie z tytułem bez zająknięcia w najwyższych ustawieniach i grubo ponad 60 klatek na sekundę. Ach, pecetowa wersja gry pozwala przesunąć limit wyświetlanych klatek do granicy 120.Final Fantasy XV Windows Edition recenzjaFinal Fantasy XV Windows Edition na komputery osobiste to najlepsza ze wszystkich wersji gry. Wciągająca fabuła, satysfakcjonujący system walki rodem z action RPGów, fenomenalne udźwiękowienie i przyjemna dla oczu wizualna oprawa graficzna, z dodatkowym wsparciem kilku ciekawych technologii firmy NVIDIA, to uczta nie tylko dla zagorzałych fanów serii, choć... głównie dla nich. Smaczki fabularne oraz te poukrywane w sporych rozmiarów, otwartym świecie gry docenicie w pełni tylko wtedy, jeśli czujecie specyficzny klimat japońskich gier i o serii wiecie coś więcej niż tylko to, że istnieje.  
Mocne strony: Słabe strony:
---
- najlepsza z wersji Final Fantasy XV
- jedna z najlepszych gier Final Fantasy
- wciągająca fabuła
- dobrze zaprojektowany świat gry
- mnóstwo zadań i aktywności pobocznych
- fenomenalne udźwiękowienie
- angażujące, dynamiczne potyczki
- ciekawie rozpisane postaci
- bardzo ładna oprawa graficzna
- dodatkowe wodotryski graficzne od NVIDIA
- rozsądne wymagania sprzętowe
- niezbyt przystępny klimat dla osób niezaznajomionych z FF
- nieco toporny interfejs
- zadania poboczne z czasem mogą znużyć
- sporadycznie: tekstury rodem sprzed kilku lat

Ocena ogólna: 7.5/10

]]>
Testy Najbardziej polecane Gaming Thu, 22 Mar 2018 20:50:00 +0100
Lenovo Legion Y720 Tower - recenzja. Czy warto kupić zestaw Lenovo? http://www.conowego.pl/testy/lenovo-legion-y720-tower-recenzja-czy-warto-kupic-zestaw-lenovo-25736/ Popularność gotowych zestawów komputerowych rośnie. Przetestowaliśmy Lenovo Legion Y720 Tower,...

Lenovo Legion Y720 Tower - specyfikacja testowanej konfiguracji

Procesor: AMD Ryzen 7 1800X
Grafika: NVIDIA GeForce GTX 1060 6 GB
RAM: 16 GB DDR4 2133 MHz (2 x 8 GB)
HDD: 1 TB 7200 obr./min. (WD10EZEX)
SSD: 128 GB PCIe NVMe (Samsung MZVLW128HEGR)
Napęd optyczny: TAK
Dodatki: klawiatura przewodowa, myszka

Cena: 6299 złotych


Na wstępie warto zaznaczyć, że Lenovo Legion do swojego komputera dorzuca drobne gratisy. W zestawie startowym oprócz komputera  znajduje się także niskoprofilowa, zgrabna klawiatura oraz prosta myszka przewodowa. Szkoda, że producent nie stawia tutaj na urządzenia dedykowane graczom, ale darowanemu koniowi...Lenovo Legion Y720 Tower - recenzjaDesign Obudowę komputera Lenovo legion Y520 Tower chwaliłem za jej design. W oczy rzucał się półprzezroczysty front, spod którego widać było podświetlany na czerwono wentylator. Obudowa dołączana do Lenovo Legion Y720 Tower jest znacznie bardziej surowa. Podświetlanymi elementami są to tylko charakterystyczny dla marki znak Y oraz znajdujące się pod nim niewielkie przetłoczenie. Konstrukcja wykonana została z dość cienkiej blachy, którą pokryto stylizowanym na włókno węglowe plastikiem. Na żywo całość prezentuje się znacznie lepiej niż na papierze. Myślę, że oddają to po części zdjęcia, na których obudowa postawiona na biurku komputerowym wyglądać dość zacnie.Lenovo Legion Y720 Tower - recenzjaNa frontowym panelu oprócz przycisku Power i Reset znalazło się miejsce dla czytnika kart pamięci, 2 portów USB 3.0, 2 portów USB 2.0, wyjścia słuchawkowego oraz wejścia mikrofonowego.Lenovo Legion Y720 Tower - recenzjaObudowę łatwo jest otworzyć bez użycia narzędzi i w razie czego dorzucić dodatkowy dysk twardy, pamięć, wymienić wentylatory lub chłodzenie procesora. Aby zdjąć boczny panel wystarczy przesunąć znajdujący się z tyłu suwak, a następnie nacisnąć na niewielką klapkę na wierzchniej stronie obudowy. Naprawdę fajnie pomyślane!Lenovo Legion Y720 Tower - recenzjaLenovo Legion Y720 Tower - recenzjaPo zajrzeniu do środka w oczy rzuca się zasilacz o mocy 450 W z certyfikatem 80 Plus Bronze, poświadczający jego wysoką sprawność. Zasilacz nie jest modularny. Co ciekawe, w środku obudowy znalazła się nagrywarka DVD-RW, rzecz obecnie bardzo rzadko spotykana.Lenovo Legion Y720 Tower - recenzjaLenovo Legion Y720 Tower - recenzjaLenovo Legion Y720 Tower - recenzjaStylistyka wnętrza obudowy pozostawia nieco do życzenia i nic dziwnego, że producent nie wyposażył obudowy w okno. Turbinowa karta graficzna NVIDIA GeForce GTX 1060 6 GB nie wygląda źle - gorzej prezentuje się podstawowy coolera na procesorze, srebrna blacha oraz wszechobecne kable. Na plus obudowy przemawia jej przestronność oraz przewiewność. Producent zainstalował w niej dwa wentylatory - 120 mm z przodu oraz 120 mm z tyłu. Co niezwykle interesujące, Lenovo Legion zadbało o odpowiednie wyciszenie tych wentylatorów, montując je na specjalnych, gumowych kołkach. Szkoda, że ów starania zostały zniweczone przez głośno działający wentylator schładzający radiator od procesora. Obudowa stoi na stabilnych nóżkach, pokrytych gumą. Zapobiegają one przenoszeniu drgań generowanych przez zestaw na biurko, które mogłyby skutkować hałasem.Lenovo Legion Y720 Tower - recenzjaOprogramowanie Na komputerze zainstalowano system operacyjny Windows 10 Home w wersji 64 bitowej. Nie zainstalowano na nim żadnego bloatware, ale preinstalowano dwie praktyczne aplikacje producenta sprzętu. Pierwszym dodatkiem od Lenovo jest oprogramowanie Lenovo Nerve Center, które pozwala sterować podświetleniem LED z przodu obudowy - włączyć je, wyłączyć i zmienić częstotliwość migania. Dodatkowo, pozwala ono aktywować funkcję automatycznego priorytetyzowania ruchu sieciowego, co istotnie pomaga unikać lagów podczas grania w gry sieciowe. Druga z aplikacji to Lenovo Companion. Program ten pozwala łatwo aktualizować sterowniki dla komputera, aktualizować system, czy też monitorować stan pamięci RAM i pamięci masowej. Rzecz jasna nic nie stoi na przeszkodzie, aby programy usunąć.Lenovo Legion Y720 Tower - recenzja #break#

Wydajność i kultura pracy

Komputer Lenovo Legion Y720 Tower w testowanej konfiguracji bez najmniejszego problemu radzi sobie z grami w rozdzielczości Full HD, w Ultra detalach graficznych. W większości testowanych tytułów bez problemu osiągaliśmy stabilną liczbę klatek na sekundę znacznie przekraczającą 60, a w bardziej wymagającym Wiedźminie była to liczba oscylująca wkoło 45 kl./sekundę. Tylko najnowszy Assassin's Creed: Syndicate generował mniej niż 40 klatek na sekundę, ale gry z tej serii znane są ze swoich dość dużych wymagań. Po obniżeniu detali do poziomu wysokiego lub średnio wysokiego z powodzeniem można grać także w rozdzielczości 2560x1440 pikeli.Lenovo Legion Y720 Tower - recenzjaLenovo Legion Y720 Tower jest też zestawem komputerowym certyfikowanym przez firmę Oculus. Oznacza to, że spełnia on minimalne wymagania systemu wirtualnej rzeczywistości Oculus Rift i pozwala na zabawę w świecie VR. Zestaw testowałem wraz z zestawem HTC Vive i potwierdzam, że w wysokich detalach graficznych radzi sobie on doskonale z grami VR.Lenovo Legion Y720 Tower - recenzjaNa słowa pochwały zasługuje dysk SSD PCIe NVMe o naprawdę dobrych parametrach, choć skromnej pojemności 128 GB, na którym zainstalowano system Windows 10. W teście CrystalDiskMark udało mi się zmierzyć prędkości odczytu i zapisu na poziomie, odpowiednio, 3400 MB/s i 1220 MB/s. W trakcie testu praktycznego, mieszany zestaw plików o rozmiarze ok. 10 GB kopiował się z prędkością ok. 290 MB/s. To doskonałe rezultaty. System Windows 10 uruchamia się dosłownie kilka sekund. Szkoda, że ze względu na niewielką pojemność dysku nie będzie się dało na nim zainstalować zbyt wielu gier.Lenovo Legion Y720 Tower - recenzjaKultura pracy zestawu Lenovo Legion Y570 Tower stoi na satysfakcjonującym poziomie. Wentylator na procesorze słychać niestety także na wolnych obrotach, a pod obciążeniem, gdy nie mamy słuchawek na uszach, jego praca potrafi być męcząca. Jeśli coś warto wymienić w zestawie od Lenovo, to jest to właśnie wentylator na radiatorze coolera CPU (lub cały system chłodzenia). Turbinowa konstrukcja chłodząca kartę graficzną pod obciążeniem również potrafi hałasować - taki już urok tego rodzaju układów.

Podsumowanie

Lenovo Legion Y720 Tower to całkiem rozsądnie skonfigurowany komputer stacjonarny, który pozwala grać we wszystkie najnowsze tytuły w najwyższych ustawieniach graficznych w rozdzielczości Full HD, przy wysokiej liczbie klatek na sekundę. Ładna i przewiewna obudowa prezentować się będzie dobrze na biurku każdego gracza.Lenovo Legion Y720 Tower - recenzjaLenovo Legion powinno jednak popracować trochę nad detalami - ot choćby stylistyką wnętrza komputera - i wprowadzić do oferty warianty obudów z oknem. Graczom z pewnością przypadnie to do gustu. Miło byłoby także postawić na chłodzenie o wyższej kulturze pracy - turbina na GTX 1060 potrafi być dość głośna, podobnie z resztą jak wentylator schładzający radiator, odprowadzający ciepło z procesora. Testowana konfiguracja Lenovo Legion Y720 Tower nie jest też konfiguracją optymalną - jej cena wynosząca 6299 złotych jest zdecydowanie zbyt wysoka, nawet biorąc pod uwagę obecne, wysokie ceny kart graficznych (GTX 1060 6 GB kosztuje 1800-2000 złotych!). Procesor AMD Ryzen 7 1800X można śmiało zastąpić jednym ze słabszych układów, oszczędzając tym samym dość duże pieniądze. W sprzedaży jest na szczęście całkiem sporo wariantów Y720 Tower, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie.  
Mocne strony: Słabe strony:
---------
- dużo konfiguracji do wyboru
- wysoka wydajność testowanej wersji
- przewiewna obudowa
- beznarzędziowy montaż wielu podzespołów
- przydatne oprogramowanie Lenovo
- zasilacz z certyfikatem 80 Plus Bronze
- łatwość rozbudowy i ulepszenia
- bogaty zestaw złączy
- 6299 złotych to zbyt wysoka cena
- niezbyt atrakcyjne wnętrze obudowy
- głośny cooler procesora
]]>
Testy Najbardziej polecane Sun, 18 Mar 2018 14:45:00 +0100
Kingdom Come: Deliverance 1.3 - recenzja po aktualizacji http://www.conowego.pl/testy/kingdom-come-deliverance-13-recenzja-po-aktualizacji-25700/ Kilka dni temu pojawiła się gruntowana aktualizacja do Kingdom Come: Deliverance oznaczona numerem... Kingdom Come: Deliverance 1.3 - recenzjaKingdom Come: Deliverance to ambitna produkcja przygotowywana od 2009 roku przez niewielkiego dewelopera Warhorse Studios. Okrągłe 9 lat procesu twórczego przełożyło się na niesamowity poziom realizmu produkcji, o który większość RPGów nawet się nie ociera. Czeskie studio stworzyło niezwykły świat gry, który urzeka swoją powierzchowną prostotą oraz "zwyczajnością". 15-wieczne Czechy nie są tu ukazane jako fantastyczna kraina, w której żyją szlachetni rycerze polujący na smoki. Ba, nie uświadczycie tu żadnej fantastyki. Pełną piersią oddychać będziecie natomiast historią Europy z tego okresu, poznacie zasady panujące w ówczesnych, feudalnych czasach i pełną piersią zaczerpniecie zapachu wszechobecnego krowiego i końskiego łajna, które już na samym początku przygody będziecie musieli chwycić w dłoń. W Kingdom Come: Deliverance nie jesteście bohaterami. Wcielacie się w postać Henryka, zwykłego syna Kowala, na którego wyżej urodzeni patrzą z góry i który w systemie średniowiecznym jest kimś postrzeganym niewiele wyżej od wiejskiego kmiota.Kingdom Come: Deliverance 1.3 - recenzjaDo pięknego świata Kingdom Come: Deliverance wkraczacie na kilka chwil przed tym, jak musicie salwować się ucieczką z rodzinnej wioski. O warstwie fabularnej nie pisnę Wam nic więcej, bo jej odkrywanie jest kolosalną nagrodą i frajdą samą w sobie. Musicie wiedzieć tylko tyle, że na początku swojej średniowiecznej przygody nie umiecie niczego. I przez "niczego" rozumiem także to, że nie potraficie nawet czytać. Tak, czytanie jest umiejętnością, którą przyswajacie i rozwijacie z czasem... podobnie jak niemal wszystkie inne umiejętności, jakie tylko moglibyście sobie wymyślić.Kingdom Come: Deliverance 1.3 - recenzjaKingdom Come: Deliverance przypomina momentami Simsy. REALIZM – to słowo, którym na każdym kroku kierowali się twórcy gry. Musicie pamiętać, aby Henryk się wyspał. Najlepiej niech zrobi to w jakimś wygodnym łóżku, które pozwoli mu się szybciej zregenerować. Musicie zadbać także o odpowiednią strawę. Strawa musi być odpowiedniej jakości, aby się nie struć - najlepiej jeśli zjecie ją siedząc przy stole, wtedy brzuszek zostanie napełniony jeszcze efektywniej. Uwaga: nie przejedzcie się, bo może to wiązać się z bardzo nieprzyjemnymi konsekwencjami! Nie muszę chyba mówić, że jeśli po walce zaczniecie krwawić, to musicie opatrzyć swe rany, bo inaczej wykrwawicie się w którymś z okolicznych rynsztoków?Kingdom Come: Deliverance 1.3 - recenzja"Jak cię widzą, tak cię piszą" - znacie to powiedzenie? Cóż, sprawdza się i w świecie Kingdom Come: Deliverance, gdzie z początku większość ludzi patrzy na Henryka spode łba. Dla ludzi wysoko urodzonych nie różni się on niczym od reszty motłochu, do którego z resztą należy. Chcecie zrobić na kimś dobre wrażenie w trakcie rozmowy? Cóż, najlepiej umyjcie się w balii i porządnie wypierzcie swoje odzienie. Oczywiście tylko przypominam, że dziurawe i znoszone buty oraz niechlujna kamizelka, nawet wyprana w Perwollu czy innym Vizirze nie zrobi większego wrażenia na szlachcie. Chcecie imponować wysoko urodzonym? Noście się jak oni. Chcecie dogadać się z ludźmi z "pospólstwa"? Mówcie do nich prostym językiem i nie przywdziewajcie na siebie stroju za bajońskie pieniądze.Kingdom Come: Deliverance 1.3 - recenzjaAha, a po walce umyjcie miecz. Zakrwawiony miecz to fajny sposób, aby dogadać się z jakimś łotrzykiem lub przerazić jakiegoś wieśniaka, ale... no tak, w wielu przypadkach nie będziecie chcieli, by ktoś spoglądał na Was jak na typa spod ciemnej gwiazdy. Mam nadzieję, że dość plastycznie przedstawiłem Wam niewielki PROMIL zależności, jakie obowiązują w średniowiecznym świecie kreowanym przez grę. Do tego dochodzą umiejętności pasywne przyswajane na każdym poziomie KAŻDEJ rozwijanej umiejętności. Nierzadko jeden perk wyklucza się z drugim, więc każdorazowa przygoda z grą rozpoczynana na nowo będzie miała unikalny wymiar.Kingdom Come: Deliverance 1.3 - recenzjaEkonomia w grze pokazuje jak nisko jesteśmy w drabinie społecznej. Na samym początku zakup odrobiny węgla wydaje się wyczynem na miarę sfinansowania załogowej misji na Marsa. Ceny w sklepach są naprawdę dobrze wyważone, choć po dłuższej chwili z grą zorientujecie się jak kombinować, aby dobrze zarobić. Początkowo tęskno spoglądać będziecie w stronę „fajnego, pięknie zdobionego miecza” lub efektownej tarczy – zupełnie tak jak na co dzień w obecnych czasach, my mężczyźni spoglądamy  na przykład w stronę pięknych samochodów. Gdy tylko uzbieracie niezbędne środki, aby go nabyć, okaże się, że jesteście za słabi, by z nich efektywnie korzystać… ale za to jak dobrze będziecie wyglądać! Pierwszy raz spotkałem się z tym, bym prawdziwie pożądał jakiejś ładnej rzeczy w wirtualnym świecie.Kingdom Come: Deliverance 1.3 - recenzjaGrając w Kingdom Come: Deliverance mamy wrażenie jakbyśmy naprawdę przenieśli się w czasie. Tutaj czas płynie naprawdę powoli. Podróżowanie po otwartym świecie gry i realizowanie kolejnych zadań głównych i pobocznych potrafi zajmować naprawdę sporo czasu. Dopóki nie załatwicie sobie konia (możecie go oczywiście ukraść, ale kradzież w Kingdom Come jest karana, podobnie jak... chodzenie po zmroku bez pochodni w jednym z miast), zmuszeni jesteście biegać. Biegając stajecie się silniejsi, co pozwala Wam efektywniej walczyć... i tak dalej i tak dalej. Podróż bywa wspaniałą przygodą samą w sobie, bo podczas wędrówki spotkać możecie zarówno bandytów, jak i dzikie zwierzęta, czy też roślinność, którą możecie zbierać. No tak, w grze jest też zaawansowany alchemii tak zakręcony i złożony, że można mu poświęcić osobną książkę.Kingdom Come: Deliverance 1.3 - recenzjaŚwiat gry jest piękny zarówno od strony wizualnej, jak i dźwiękowej, a jego konstrukcja jest niezwykle realistyczna. XV-wieczne tereny Czech to ogromne przestrzenie terenu, w których dominują lasy, pola, strumienie i niewielkie osady ludzkie. Potencjalnie wszędzie możecie napotkać na jakąś przygodę lub... przemierzać leśny dukt włuchując się wyłącznie w szum drzew i piękny śpiew ptaków. Spacerując po świecie Kingdom Come nie raz zapragniecie udać się na prawdziwą wycieczkę do lasu. Warhorse Studios wykreowało naprawdę piękną krainę, której chce się doświadczać każdym zmysłem. Oprawa graficzna stoi na naprawdę wysokim poziomie, a pazur pokazuje w rozdzielczości 2560x1440 pikseli oraz 4K. Niestety, od dnia premiery nie jest to gra najlepiej zoptymalizowana i spadki płynności wyświetlanego obrazu zdarzają się nawet na najwydajniejszych kartach graficznych. Łatka oznaczona numerem 1.3 znacząco poprawiła sytuację, ale wciąż nie zawsze jest idealnie. Gra wygląda naprawdę dobrze na układach graficznych pokroju NVIDIA GeForce GTX 970 lub wydajniejszego GTX 1060, na których testowaliśmy ją w redakcji. Do wyższych rozdzielczości i wysokich i najwyższych ustawień graficznych zalecamy uzbroić się w GTX 1070 lub GTX 1080.Kingdom Come: Deliverance 1.3 - recenzjaSilnik gry jest bardzo specyficzny i ja mimo wszystko określę go mianem nieco topornego. Najprzyjemniej gra się w sytuacji, w której generowane jest w miarę stabilne 60 klatek na sekundę. Przy mniejszej ich liczbie mamy wrażenie jakoby wszystko nieco "pływało" i doświadczenia płynące z zabawy są odczuwalnie gorsze. Jeśli graliście w produkcje pokroju Gothica 4 lub Risena, to wiecie co mam na myśli mówiąc o "toporności" silnika graficznego. Postacie poruszające się bez ruszania nogami, okazjonalne problemy z przeskakiwaniem przeszkód, krzaki z betonu i wolno doczytujące się tekstury nie są niestety rzadkim widokiem, nawet po wypuszczeniu kolejnej aktualizacji. Cóż, łatka 1.4 jest już w drodze, więc... ;) Niezwykle ciekawą kwestią związaną z grą jest zaawansowany system walki, który w Kingdom Come: Deliverance jest i przed premierą był jedną z najchętniej reklamowanych cech. Wielu dziennikarzy straszyło przedpremierowo, że "oni grali i to jest toporne". Odnoszę wręcz przeciwne wrażenie. System walki w grze jest czymś naprawdę niezwykłym i nadającym jej olbrzymiego kolorytu. Walczycie 1 na 1? Możecie podejść do pojedynku bardzo taktycznie. Macie na przykład możliwość pozorowania uderzeń z jednej strony i uderzania z drugiej. do wyboru jest łącznie 5 stref dla cięć + pchnięcie. Gdy zbliżycie się do oponenta zawalczycie o przewagę w zwarciu. Walcząc na miecze skorzystacie także z kopniaków. Non stop kontrolować musicie swoją kondycję - machając mieczem jak cepem szybko się zmęczycie, co przeciwnik z pewnością zdoła wykorzystać do wyprowadzenia kilku uderzeń, których ani nie unikniecie, ani nie zablokujecie, ani nie sparujecie, ani od nich nie odskoczycie (tak, są co najmniej 4 sposoby obrony). No, to teraz pomyślcie co się dzieje, gdy walczycie 1 na 3 bandytów, a Wasze umiejętności w walce mieczem są zerowe. PS sytuacja ulega tylko nieznacznej poprawie wraz ze wzrostem Waszych umiejętności - to nie Assassin's Creed i tutaj trójka przeciwników nie będzie ustawiała się w kolejce, aby Was pokonać. Oponenci rzucą się na Henryka kupą i po prostu zamęczą go, zmuszając do parowania kolejnych ciosów, po czym zarżną jak dzikie zwierzę na polowaniu. Takie są brutalne realia średniowiecznego świata gry.Kingdom Come: Deliverance 1.3 - recenzjaCzujecie ten klimat? Realizm potęguje dość nietypowy system zapisu gry, który do niedawna naprawdę potrafił mocno uprzykrzyć życie. Gracze mogli zapisywać progres tylko po zakupieniu odpowiedniego, dość drogiego napitku. Jedna fiolka starcza, a jakże, na pojedynczy zapis. Gra zapisywana była także automatycznie w trakcie realizowania kolejnych zadań. Aktualizacja 1.3 wprowadziła opcję „zapisz i wyjdź” oraz zwiększyła liczbę sytuacji w grze, podczas których postępy zapisywane są automatycznie. Jeśli system zapisu gry wciąż będzie Was denerwował, wszystko można rozwiązać poprzez zainstalowanie odpowiedniej modyfikacji. Tak, Kingdom Come: Deliverance obsługuje mody, a scena modderska działa naprawdę prężnie. W Kingdom Come: Deliverance nie będziecie zbawiać świata. Będziecie starali się walczyć o swój honor, swoje zasady i ewentualnie pomagali innym w walce z ich szarą codziennością. To od Was zależeć będzie jak poprowadzicie poszczególne rozmowy, jakie decyzje fabularne podejmiecie i czy napotykani mieszczanie będą kierować pod Waszym adresem przyjazne pozdrowienia, obelgi, czy też salwowali się będą ucieczką, gdy tylko pojawicie się w pobliżu.Kingdom Come: Deliverance 1.3 - recenzjaNie boję się napisać, że nawet pomimo licznych bugów, Kingdom Come: Deliverance to jeden z najlepszych RPGów wszechczasów. Pieczołowitość z jaką twórcy gry podeszli do odwzorowania średniowiecznych realiów oraz mechanik sterujących światem gry oraz rozwojem postaci Henryka zasługuje na wyrazy najwyższego uznania. Kingdom Come nie jest przez to pozycją dla „casualowego”  odbiorcy, który lubi postrzelać do wrogów w stylu nowego Call of Duty. Produkcja Warhorse Studios to coś, czym warto, a nawet trzeba, się delektować, czego trzeba smakować, by w całości móc ją docenić i zrozumieć. Kingdom Come: Deliverance w wersji PC kupicie za 215.19 złotych na platformie GOG.Com. Grę możecie kupić także w wersji na platformę Steam.  
Mocne strony: Słabe strony:
------
- najbardziej realistyczna gra RPG jaka powstała
- unikalność rozgrywki
- piękna oprawa wizualna
- wspaniałe udźwiękowienie
- wciągająca historia
- satysfakcjonujący, nietuzinkowy system walki
- fantastycznie wykreowany świat gry
- złożoność mechanik świata gry oraz rozwoju postaci
- sporych rozmiarów świat
- sporo aktywności pobocznych
- dobrze przemyślana ekonomia świata gry
- szeroko pojęty realizm rozgrywki
- realizm historyczny
- wpływ decyzji na postrzeganie głównego bohatera
- liczne bugi i glicze graficzne
- dość toporny silnik gry
- kontrowersyjny system zapisu gry
kingdom come deliverance recenzja Polskim dystrybutorem gry Kingdom Come: Deliverance jest firma CDP.pl]]>
Testy Gaming Najbardziej polecane Wed, 14 Mar 2018 18:00:00 +0100
Samsung Galaxy J7 2017 - recenzja http://www.conowego.pl/testy/samsung-galaxy-j7-2017-recenzja-25660/ Wygląda na to, że Xiaomi w segmencie smartfonów do 1000 złotych zyskało właśnie bardzo groźnego...

Specyfikacja Samsung Galaxy J7 2017

Ekran: 5.5" Super AMOLED (1080x1920 pikseli)
Procesor: Exynos 7870
RAM: 3 GB
Pamięć: 16 GB
Micro SD: TAK (niezależne)
Aparaty: 13 Mpix (f/1.7, LED) / 13 Mpix (f/1.9, LED)
Dual SIM: TAK (standby)
Łączność: micro USB, czytnik linii papilarnych, GPS, Wi-Fi 802.11ac, Bluetooth 4.2, NFC, Radio FM
System: Android 7.0 (Samsung Experience 8.1)
Akumulator: 3600 mAh
Wymiary: 152.5 x 74.8 x 8 mm
Waga: 181 gramów Cena: ok. 969 złotych
W zestawie ze smartfonem znajdziemy kabelek USB, ładowarkę 5 V/1.55 A oraz zestaw najprostszych i najtańszych słuchawek dousznych (nie mylić z dokanałowymi). Trzeba przyznać, że Samsung jest bezbłędny jeśli chodzi o design swoich tańszych smartfonów. Galaxy J7 (2017) to przy swoim poprzedniku prawdziwy Mercedes i wygląd smartfona przywodzi na myśl raczej flagowca, niż średniaka. Urządzenie zamknięte zostało w aluminiowej obudowie unibody, która za sprawą swoich niewielkich rozmiarów naprawdę dobrze leży w dłoni. Fajnie, że Samsung postanowił zupełnie zerwać z dość tandetnym designem najtańszych telefonów w ofercie i zrezygnować z lżejszych obudów z tworzyw sztucznych.Samsung Galaxy J7 2017 - recenzjaUwagę zwraca dość charakterystyczny tylny panel obudowy w Galaxy J7 (2017), a konkretnie linie anteny poprowadzone w specyficzny sposób. Główny, pojedynczy aparat urządzenia o rozdzielczości 13 Mpix (z nowym, jasnym obiektywem f/1.7!) nie wystaje poza poziom obudowy, co niewątpliwie cieszy. Urządzenie o wymiarach 152.5 x 74.8 x 8 mm waży całkiem słuszne 181 gramów, jednak nie sprawia wrażenia ciężkiego.Samsung Galaxy J7 2017 - recenzjaSamsung Galaxy J7 2017 - recenzjaSamsung Galaxy J7 2017 - recenzjaFrontowy panel urządzenia to w 73.1% ekran. Za cenę poniżej 999 złotych otrzymujemy 5.5-calowy wyświetlacz Super AMOLED o wyższej niż u poprzednika rozdzielczości 1080x1920 pikseli, co, ze względu na identyczny jak w poprzednim modelu procesor, jest pewnego rodzaju wadą (o czym później). Ekran jest bez dwóch zdań jednym z najlepszych w swojej klasie. Jasność maksymalna w trybie auto nie rzuca może na kolana (wynosi ok. 485 cd/m2), ale innego jego parametry jak nieskończony kontrast, idealna czerń, świetne odwzorowanie kolorów i wzorowa czytelność w pełnym słońcu w pełni to rekompensują. Ekran pokrywa szkło 2.5D, dzięki któremu krawędzie są ładnie zaoblone.Samsung Galaxy J7 2017 - recenzjaSamsung Galaxy J7 2017 - recenzjaNad wyświetlaczem znajduje się nowa, ulepszona kamerka do selfie o rozdzielczości 13 Mpix i wspierający ją LED. Asystuje im zestaw ledwo dostrzegalnych czujników. Miejsce pod ekranem zarezerwowane jest dla przycisku Home, w którym zintegrowano naprawdę dobrze i szybko działający czytnik linii papilarnych.Samsung Galaxy J7 2017 - recenzjaSamsung Galaxy J7 2017 - recenzjaOgromną zaletą Samsunga Galaxy J7 (2017) jest równoczesna obsługa dwóch kart SIM oraz karty pamięci micro SD, która otrzymała swoją niezależną tackę. Na słowa pochwały zasługuje obecność wyjścia słuchawkowego jack 3.5 mm, a na słowa nagany... micro USB. Czy naprawdę producenci smartfonów nie mogą wszędzie już montować wygodniejszego złącza USB Typu C?Samsung Galaxy J7 2017 - recenzjaUwagę zwraca dość nietypowe umieszczenie głośnika multimedialnego, który uplasowany jest na prawej, bocznej krawędzi obudowy, w górnej jej części. Dość łatwo go przypadkowo zasłonić, zwłaszcza trzymając urządzenie w orientacji poziomej.Samsung Galaxy J7 2017 - recenzja

Na następnej stronie: Multimedia, łączność i wydajność

#break#

Multimedia, łączność i wydajność

Testowany Samsung Galaxy J7 (2017) pracował w oparciu o Androida 7.0 z dobrze znaną posiadaczom droższych urządzeń południowokoreańskiego producenta nakładką Samsung Experience 8.1. Nie zabrakło w niej flagowej i lubianej funkcji Always On Display, która na wyłączonym wyświetlaczu Super AMOLED wyświetla godzinę i powiadomienia w sposób pozwalający w teorii oszczędzać baterię. W teorii, bowiem funkcja ta skraca czas pracy smartfona na baterii w trybie czuwania o ok. 20-25%, a dla wielu osób może okazać się niezbyt przydatna. Jej obecność w tak tanim smartfonie jest oczywiście godna pochwały.Samsung Galaxy J7 2017 - recenzjaNa smartfonie zainstalowano standardowy zestaw aplikacji Samsunga, takich jak świetny Samsung Health dla osób pragnących zadbać o swoje zdrowie, formę i sylwetkę, czy mniej przydatny sklep z aplikacjami Galaxy Apps. Na pokładzie znalazły się też apki Microsoftu - Word, Excel, PowerPoint, OneDrive, a nawet Skype.
Smartfon oferuje także zamknięcie prywatnych plików i aplikacji w specjalnym bezpiecznym katalogu i zabezpieczenie ich hasłem lub odciskiem palca przed osobami niepowołanymi. Galaxy J7 (2017) oferuje także użytkownikom możliwość skorzystania z radia FM, oczywiście po podłączeniu zestawu słuchawkowego. 5.5-calowy ekran łatwo jest obsługiwać jedną ręką, a mimo to nie zabrakło dedykowanego jednej ręce trybu obsługi. Na pulpicie można ustawić kilka różnych siatek ikon (4x4, 4x5, 5x5), co dodatkowo ułatwia obsługę jedną ręką poza specjalnym trybem. Użytkownik ma także opcję uruchomienia dwóch różnych aplikacji w otworzonych obok siebie oknach.
Moją uwagę zwróciła też funkcja SOS, która po 3-krotnym wciśnięciu zasilania aktywuje oba aparaty, robi za ich pomocą zdjęcia, nagrywa głos oraz wysyła prośbę o pomoc do zdefiniowanych wcześniej numerów. Ogólna prędkość działania systemu jest doskonała i rzadko spotykana w tak tanich smartfonach. Nawet po zainstalowaniu kilku dodatkowych, zasobożernych aplikacji, smartfon funkcjonował tak samo dobrze, jak po pierwszym uruchomieniu.
Samsung Galaxy J7 (2017) posiada pełen zestaw funkcji lubianych w naszym kraju. Mamy więc obsługę dwóch kart SIM, łączność NFC, a nawet coraz rzadziej spotykane radio FM. W modelu na rok 2017 pojawiła się łączność Wi-Fi 802.11ac (dwuzakresowa), a także GPS z A-GPS, GLONASS oraz Beidou. Na dokładkę otrzymujemy Bluetooth 4.1, micro USB z OTG oraz gniazdo słuchawkowe jack 3.5 mm. Jest też kompas i żyroskop, co ucieszy osoby korzystające z nawigacji pieszych.Samsung Galaxy J7 2017 - recenzja Słów parę należy poświęcić wydajności urządzenia, na którą w tym segmencie cenowym trudno jest narzekać, choć... Kontrowersyjną decyzją Samsunga jest wykorzystanie tego samego co we wcześniejszym modelu J7 (2016) procesora Exynos 7870, który w J7 (2017) przy ekranie o wyższej rozdzielczości radzi sobie odczuwalnie słabiej. Pokazuje to wynik w benchmarku AnTuTu 6 o ok. 3000 pkt niższy od poprzednika (45 413 punktów). GPU zintegrowane w tym układzie to słabiutkie Mali-T830 MP1, które z wymagającymi grami 3D radzi sobie kiepsko i potrafi nawet złapać zadyszkę w co bardziej wymagających grach 2D. Szkoda, że producent nie postanowił wykorzystać któregoś z mocniejszych układów Exynosa. Tak czy inaczej w połączeniu z 3 GB RAMu do płynnej obsługi systemu wystarcza. Szkoda, że producent serwuje użytkownikowi zaledwie 16 GB pamięci na dane.  

Na następnej stronie: Aparat

  #break#

Aparat

Galaxy J7 2017 korzysta z tego samego co poprzednik sensora Sony IMX258. W nowszym modelu Samsung wykorzystał jednak jaśniejszy obiektyw f/1.7, który faktycznie pozwala robić nieco mniej zaszumione zdjęcia w gorszych warunkach oświetleniowych. Zarówno przednia, jak i tylna kamerka otrzymały doświetlające je LEDy. OIS na pokładzie oczywiście nie ma, więc musicie zaufać stabilizacji w rękach. Zabrakło automatycznego trybu HDR, obecnego niemal w każdym smartfonie - jest tu tylko tryb aktywowany lub deaktywowany ręcznie. Samsung do dyspozycji użytkownika oddał też dość ubogi tryb manualny - bez ręcznych ustawień migawki oraz ostrości.Samsung Galaxy J7 2017 - recenzjaNa słowa pochwały zasługują zdjęcia panoramiczne - bogate w szczegóły i przechwywtywane w wysokiej rozdzielczości. Ogólną jakość zdjęć z aparatu głównego można streścić w dwóch słowach: "w porządku". Zerknijcie na zdjęcia i sami oceńcie. W tym segmencie cenowym mamy tak naprawdę Xiaomi Mi A1/5X, potem długo, długo nic, a potem Moto G4 Plus i być może właśnie Samsunga Galaxy J7 i innych pretendentów. Kamera przednia wyróżnia się natomiast na plus względem konkurencji - tło jest ładnie rozmywane, zdjęciom nie brakuje szczegółów, a ich zaszumienie w dobrych warunkach oświetleniowych jest niewielkie.Samsung Galaxy J7 2017 - recenzjaBrak możliwości nagrywania filmów w rozdzielczości 4K to kolejny mankament płynący z wykorzystania w urządzeniu starego już procesora Exynos 7870. Galaxy J7 (2017) nagrywa filmy w rozdzielczości Full HD w zaledwie 30 kl./s.

Na następnej stronie: Bateria i podsumowanie

#break#

Bateria

Samsung Galaxy J7 (2017) korzysta z niewymiennej baterii o pojemności 3600 mAh. Pisząc o baterii w średniopółkowym Samsunga jesteśmy zmuszeni przekazać Wam jedną złą i jedną dobrą wiadomość. Zła jest taka, że brakuje tu technologii szybkiego ładowania i urządzenie do pełna ładuje się w czasie ok. 2 godzin, jeśli korzystamy z dołączonej w zestawie ładowarki 1.55 A. Dobre wieści natomiast są takie, że czas pracy na baterii Samsunga Galaxy J7 (2017) jest zdumiewająco długi. Udało nam się uzyskać aż 16 godzin i 45 minut pracy w trakcie odtwarzania materiału wideo o rozdzielczości Full HD przy jasności ekranu ustawionej na ok. 50%. W teście przeglądania zasobów sieci przy użyciu Wi-Fi urządzenie działało przez ok. 14 godzin. Realnie, smartfona można ładować co 2-3, a czasem nawet co 4 dni. Czas pracy na baterii mocno skraca funkcja Always On Display.

Podsumowanie

Nigdy nie lubiłem średniaków Samsunga ze względu na ich przeciętną specyfikację, wykonanie i wysokie ceny, ale po premierze modeli A3 i A5 (2017) zacząłem się do nich powoli przekonywać. Jeszcze tańszy Samsung Galaxy J7 (2017) jest kolejnym namacalnym dowodem zmian na lepsze, które miały miejsce niemal na każdym froncie. Galaxy J7 (2017) to naprawdę świetna propozycja "dla mas", które od smartfonów wymagają tak naprawdę spełniania kilku kryteriów, które J7 (2017) spełnia. Galaxy J7 (2017) to przede wszystkim świetna jakość wykonania i bardzo atrakcyjny design. To także doskonały jak na tę klasę cenową ekran Super AMOLED o nieskończonym kontraście, perfekcyjnej czerni, wysokiej rozdzielczości Full HD i idealnej czytelności w pełnym słońcu. Smartfon oferuje ponaprzeciętny czas pracy na baterii, który w skrajnych przypadkach może wynosić nawet 3-4 dni. Nie zabrakło w nim modułu NFC umożliwiającego dokonywanie płatności zbliżeniowych, radia FM, porządnej kamerki do selfie i niezgorszego aparatu głównego. To wszystko? Nie, bo są jeszcze niezależne gniazda na dwie karty SIM oraz kartę micro SD o pojemności 256 GB.Samsung Galaxy J7 2017 - recenzjaSamsung Galaxy J7 (2017) to także kilka drobnych potknięć. Brak USB Typu C to mankament z grupy "kosmetycznych", jednakże tylko 16 GB pamięci na dane to niezrozumiała oszczędność. Podobnie niezrozumiałym wydaje się wykorzystanie procesora z poprzedniej generacji smartfonu, który przy ekranie o wyższej niż u poprzednika rozdzielczości, radzi sobie nieco gorzej z trójwymiarowymi grami. Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe, w cenie poniżej 999 złotych Samsung Galaxy J7 (2017) jest jednym z najciekawszych smartfonów, jakie można obecnie kupić. Nie jest idealny, ale żaden smartfon taki nie jest. Galaxy J7 (2017) w moim odczuciu oferuje naprawdę dużo i powinniście się nim zainteresować. Nie jest to urządzenie pełne bajerów, ale solidny, dobrze działający telefon w bardzo rozsądnej cenie. To co napiszę zabrzmi może kontrowersyjnie, ale jest to taki "idealny smartfon dla rodziców i dziadków" - osób dojrzałych, które docenią stosunek jego ceny do możliwości.  
Mocne strony: Słabe strony:
------
- świetny ekran Super AMOLED
- doskonały czas pracy na baterii
- wysoka jakość wykonania
- atrakcyjny wygląd
- niezależne Dual SIM i gniazdo micro SD
- dobrze działający czytnik linii papilarnych
- NFC
- radio FM
- Wi-Fi 802.11ac
- USB On The Go

- brak USB Typu C
- tylko 16 GB pamięci na dane
- procesor ze starszego J7 (2016)
Samsung galaxy j7 2017 recenzja]]>
Testy Najbardziej polecane Fri, 09 Mar 2018 18:30:00 +0100