Conowego.pl http://www.conowego.pl/ conowego.pl pl Conowego.pl http://www.conowego.pl/fileadmin/templates/main/images/ico-rss.png http://www.conowego.pl/ 15 15 conowego.pl TYPO3 - get.content.right http://blogs.law.harvard.edu/tech/rss Sun, 24 Sep 2017 11:49:00 +0200 Recenzja hulajnogi elektrycznej Xiaomi Mijia M365 Scooter http://www.conowego.pl/testy/recenzja-hulajnogi-elektrycznej-xiaomi-mijia-m365-scooter-23794/ Myślicie, że jesteście za starzy na hulajnogę? Mylicie się! Elektryczna hulajnoga Xiaomi Mijia to... Hulajnoga elektryczna Xiaomi Mijia Scooter ma wszystko: spory zasięg, wysoką prędkość maksymalną, tempomat (!), hamulec przedni z E-ABS i tylny mechaniczny tarczowy, system odzyskiwania energii KERS, bardzo solidną budowę i rozmiar, który pozwala z niej korzystać każdej osobie, bez względu na wzrost! Ach, no nie mogło również zabraknąć specjalnej aplikacji na smartfony... Ale po kolei.

Specyfikacja hulajnogi Xiaomi Mijia M365 Scooter:

Tworzywo: aluminium lotnicze
Maksymalna prędkość: 25 km/h
Zasięg: 30 km
Hamulce: przedni E-ABS, tylny mechaniczny tarczowy
Kąt natarcia: ok. 14 stopni
Waga użytkownika: do 100 kg
Czas ładowania akumulatora: ok. 4.5 godziny
Waga hulajnogi: 13 kg

Cena: 359 dolarów (ok. 1265 złotych) w Gearbest - najniższa cena w Internecie


Hulajnoga dotarła do mnie w sporej wielkości minimalistycznym kartonie z logo Xiaomi Mijia. Sprzęt jest bardzo solidny i... zaskakująco duży! Konstrukcja ważąca przeszło 13 kilogramów jest jak szyta na miarę nawet dla mnie, czyli osoby mierzącej sobie 183 centymetry wzrostu. Bez problemu odnajdą się na niej także osoby dużo niższe oraz nieco wyższe. Złożenie hulajnogi opakowanej w karton ograniczało się do przykręcenia dwóch śrub imbusowych, przy wykorzystaniu dołączonego w zestawie klucza i zamocowaniu w ten sposób kierownicy. Z zadaniem tym poradzi sobie zarówno dziecko, jak i osoba starsza. Hulajnoga Xiaomi jest konstrukcją składaną, dzięki czemu można ją łatwo przenosić i transportować w samochodzie, a także złożyć do kompaktowych rozmiarów i "zaparkować" w szkole lub miejscu pracy.Hulajnoga Xiaomi Mijia M365 Scooter recenzjaRama wykonana jest z bardzo solidnego aluminium lotniczego, którego wykończenie godne jest miana popularnego w obecnych czasach słowa "premium". Wszystkie linki poprowadzone są w eleganckich czerwonych pancerzach i schowane w ramie - zupełnie jak w najnowszych rowerach szosowych i górskich. Punkty, w których linki wchodzą w ramę uszczelnione są dodatkowo gumą. Hulajnoga posiada certyfikat IP54, ale Xiaomi nie zaleca korzystania z niej w deszczu. Uwagę zwracają naprawdę spore i całkiem szerokie, 8.5-calowe, napełniane powietrzem opony.Hulajnoga Xiaomi Mijia M365 Scooter recenzjaUwadze umknąć nie może również rozmiar platformy, na której staje użytkownik hulajnogi. Ta jest nie tylko bardzo długa, ale także niezwykle szeroka - z łatwością znajdowałem na niej każdorazowo miejsce na swoje dwie stopy w rozmiarze 43. Sprawie ona również solidne wrażenie, a jej powierzchnia pozwala użytkować hulajnogę nawet w obuwiu o miękkiej i cienkiej powierzchni.Hulajnoga Xiaomi Mijia M365 Scooter recenzjaHulajnoga Xiaomi Mijia M365 Scooter recenzjaNa kierownicy znalazło się miejsce na dwa bardzo wygodne gripy, pokryte gumą, która nawet po bardzo długiej przejażdżce nie wywołuje uczucia dyskomfortu i nie powoduje pojawienia się odcisków. Przy latarce znajduje się również dzwonek, posiadający także niewielkie mocowanie, pomagające przy składaniu hulajnogi i zaczepianie kierownicy u tylny błotnik. Przy prawym gripie znajdziemy aktywowaną kciukiem manetkę gazu, przy lewym gripie znalazła się klamka hamulców - mechanicznego tarczowego tylnego oraz przedniego ze wspomaganiem E-ABS, zapobiegającym blokowaniu się koła. Taka technologia!Hulajnoga Xiaomi Mijia M365 Scooter recenzjaPośrodku kierownicy umieszczono zintegrowana z ramą latarkę, która bardzo skutecznie rozświetla drogę po zmroku. Nie można regulować wysokości snopa światła, jednak ten pada w optymalnej odległości od hulajnogi, rozświetlając drogę znacznie skuteczniej niż większość lampek rowerowych ze średniej półki. Za dnia, można ją wyłączyć. Z tyłu hulajnogi znajduje się drugie światełko, które sygnalizuje hamowanie. W aplikacji na smartfona można ją skonfigurować tak, aby świeciła światłem stałym i migała przy hamowaniu. Tak! Hulajnoga Xiaomi Mijia Scooter ma swoją aplikację mobilną na platformy Android i iOS.Hulajnoga Xiaomi Mijia M365 Scooter recenzjaPo sparowaniu hulajnogi z jedną z aplikacji - Xiaomi Home lub (lepiej) Ninebot, uzyskujemy dostęp do aktualizacji oprogramowania hulajnogi (sic!), wielu jej statystyk oraz możliwości zmiany kilku ustawień. Sprawdzić możemy stan naładowania energii, zasięg, średnią prędkość, przebieg urządzenia, to ile kilometrów przejedziemy jeszcze bez potrzeby ładowania pojazdu i wiele innych pomniejszych danych. O reszcie funkcji przeczytacie za chwilę.

Jazda na elektrycznej hulajnodze Xiaomi to wspaniała frajda, bez względu na wiek

Przyznam się, że mając 29 wiosen na karku na hulajnogę pierwotnie nieco wstydziłem się wejść. Wstyd jednak minął wraz z wyjściem na chodnik i pierwszym odepchnięciem się od ziemi. Tak, napęd elektryczny nie zadziała od razu, co jest pewnego rodzaju zabezpieczeniem. Dopiero gdy hulajnoga osiągnie prędkość 5 km/h, manetka gazu zareaguje na dotyk i sprawi, że hulajnoga zacznie jechać. I jak już zaczniecie śmigać na Xiaomi Mijia Scooter, to nie będziecie chcieli przestać.Hulajnoga Xiaomi Mijia M365 Scooter recenzjaSilnik umieszczony w przednim kole błyskawicznie rozpędza hulajnogę do prędkości 25 km/h. Ja, przy wadze ok. 75 kg, byłem w stanie osiągnąć prędkość maksymalną na poziomie 24 km/h, a lżejsze osoby poruszały się na niej... jeszcze szybciej, niż deklaruje to producent (ok. 28 km/h!). Udało mi się również, głównie za sprawą odzyskiwania energii, uzyskać zasięg 34 kilometrów na jednym ładowaniu, o 4 kilometry przekraczając dystans deklarowany przez producenta.8.5-calowe koła idealnie spisywały się w mieście, ale przed wyższymi krawężnikami wolałem się zatrzymać i wprowadzić na nie hulajnogę. Po co ryzykować przebiciem dętki? Hulajnoga sunęła sprawnie nawet po nierównych płytach chodnikowych i jedyne na co zwróciłem uwagę, to delikatny luz na kierownicy wywołany poprzez punkt mocowania, umożliwiający złożenie hulajnogi do transportu. Ten nie wpływa jednak negatywnie ani na bezpieczeństwo, ani na komfort jazdy.Hulajnoga jest szybka, zwrotna, a silnik elektryczny działa naprawdę cicho. Przyspieszenie stoi na bardzo dobrym poziomie, choć nie wyrywa nadgarstków - i bardzo dobrze! Dzięki temu hulajnoga nadaje się zarówno dla dzieci, jak i osób starszych. Pojazd bez problemu radzi sobie także z niezbyt stromymi wzniesieniami, choć im więcej kilogramów wiezie, tym bardziej spada jego prędkość maksymalna. Na przestrzeni testów nie znalazłem górki, pod którą bym sprawnie nie wjechał, choć poruszałem się w sposób dość standardowy, nie szukając na siłę problemów. ;)Hulajnoga Xiaomi Mijia M365 Scooter recenzjaI teraz sprawa najlepsza: baterię hulajnogi naładujecie do pełna w zaledwie 4 godziny i kilkanaście minut. Oznacza to, że bez problemu podładujecie ją po dojeździe do pracy lub do szkoły, nawet gdy Wasza wizyta w danym miejscu będzie trwała relatywnie krótko. 34 kilometry zasięgu to naprawdę dużo jak na hulajnogę. Cóż, jest ona jedną z większych hulajnóg, więc producent miał po prostu dostatecznie dużo miejsca, na umieszczenie w niej ogniw akumulatora. Xiaomi Mijia posiada opcjonalny tempomat, który w oprogramowaniu przybiera funkcję Cruise Control. Wystarczy ją włączyć, a następnie ruszyć i przytrzymać manetkę przez 5 sekund w określonym położeniu, by hulajnoga poruszała się aż do wyhamowania ze stałą prędkością. Jeśli jesteśmy już przy hamowaniu, to w oprogramowaniu ustawić możemy aż 3 różne poziomy systemu KERS, który pomaga odzyskiwać energię przy hamowaniu i ładować akumulator hulajnogi. Najmocniejszy pozwala na największy zysk energetyczny, jednak po jego aktywowaniu najszybciej wytracamy prędkość. Ustawienie poziomu najniższego sprawi, że prędkość będziemy wytracać wolniej, ale wolniej podładujemy ogniwa w trakcie jazdy. Ja jeździłem na poziomie średnim, który i tak dawał wymierne korzyści i pozwalał dodać nawet 3-4 kilometry (!) zasięgu).Z częściami zamiennymi problemu nie ma - można kupić dowolny element, oczywiście w Chinach. Jeśli obawiacie się o przebicie opony, możecie postawić nawet na opony, które nie są pompowane. :)

Hulajnoga Xiaomi - tak powinno się robić pojazdy elektryczne

Hulajnoga Xiaomi to świetny i praktyczny sprzęt, na którym nie powinny się wstydzić jeździć osoby dorosłe. W przeciwieństwie do absolutnej większości podobnych urządzeń konkurencji, hulajnoga Xiaomi jest bardzo duża i wygląda jak poważny pojazd elektryczny, a nie zabawka dla dzieci. Niechaj świadczą o tym także jej doskonałe osiągi - prędkość maksymalna na realnym poziomie 25 km/h godzinę oraz zasięg 30 kilometrów, który to dzięki systemowi odzyskiwania energii KERS (tak, ten z F1), udało mi się przekroczyć. Mając 183 centymetry wzrostu czułem się na niej doskonale!Hulajnoga Xiaomi Mijia M365 Scooter recenzjaJeżdżąc Xiaomi Mijia M365 Scooter będziecie zwracać na siebie liczne spojrzenia, to fakt. Nie są to jednak spojrzenia pełne pogardy, a zainteresowania. Spojrzenia, którym często towarzyszy życzliwy uśmiech oraz pytania związane ze sprzętem. Mnie przejażdżka na hulajnodze Xiaomi zawsze była w stanie poprawić humor. Ogromną zaletą hulajnogi, przynajmniej na tle innych podobnych rozwiązań, jest jej cena. Ta oscyluje obecnie w okolicach 359 dolarów, czyli mniej niż 1270 złotych! Hulajnoga elektryczna Xiaomi to świetny sposób na tanie i przyjemne, wiosenne i letnie dojazdy do pracy, do szkoły lub na uczelnię. To także urządzenie dające nieskończone pokłady frajdy - na hulajnodze Xiaomi po prostu jeździ się bardzo przyjemnie!Hulajnoga XiaomiHulajnogę Xiaomi Mijia M365 Scooter polecam gorąco kupować w Chinach z prostego powodu: dużo atrakcyjniejszej ceny. W Polsce cena hulajnogi Xiaomi grubo przekracza 2000 złotych, a rekordziści sprzedają ją po blisko 3000 złotych. Czasem nawet bez gwarancji realizowanej w Polsce! Tymczasem w sklepie Gearbest (najtańsza oferta w sieci) Xiaomi Mijia M365 Scooter kupicie już za 359 dolarów (ok. 1265 złotych), a w promocjach często nieco taniej. Ostatnio hulajnogę można było kupić za 329 dolarów, co jest naprawdę kolosalną okazją, za tak udany sprzęt.
Mocne strony: Słabe strony:
-----
- najbardziej opłacalny osobisty pojazd elektryczny
- duża i wygodna!
- rewelacyjna jakość wykonania
- wysoka prędkość maksymalna (ok. 28 km/h)
- duży zasięg (ok. 30 km)
- system odzyskiwania energii
- tempomat (cruise control)
- skuteczne hamulce
- bardzo atrakcyjna cena
- wodoodporność IP54
- efektowny wygląd
- wbudowana funkcjonalna latarka
- czytelny wskaźnik naładowania
- błyskawiczne ładowanie baterii (4.5 h!)
- pełna gama części zamiennych
- możliwość złożenia i wygodnego transportu
- praktyczna "stopka"

- zakup w atrakcyjnej cenie tylko z Chin
- brak pełnej wodoszczelności
Xiaomi Mijia M365 Scooter recenzja]]>
Testy Najbardziej polecane Thu, 14 Sep 2017 07:55:00 +0200
Moto Z2 Play - recenzja stylowego smartfona z wydajną baterią i Moto Mods http://www.conowego.pl/testy/moto-z2-play-recenzja-stylowego-smartfona-z-wydajna-bateria-i-moto-mods-23722/ Moto Z Play powraca po kuracji odchudzającej i upiększającej! Przetestowaliśmy jej następcę, Moto...
Specyfikacja Motorola Moto Z2 Play: Ekran: 5.5" Super AMOLED 1080x1920 pikseli
Procesor: Snapdragon 626 (8x 2.2 GHz Cortex A53)
RAM: 3/4 GB
Pamięć: 32/64 GB + micro SD
Aparaty: 12 Mpix (f/1.7, piksel 1.4 µm) / 5 Mpix (f/2.2) podwójny LED
Dual SIM: TAK (standby)
Łączność: USB Typu C, czytnik linii papilarnych, NFC, GPS, Wi-Fi 802.11ac
System: Android 7.1.1
Akumulator: 3000 mAh + szybkie ładowanie (w zestawie ładowarka Turbopower 15 W)
Wymiary: 156.2 x 76.2 x 6 mm
Waga: 145 gramów
Następca zeszłorocznego modelu Moto Z Play jest do niego bardzo podobny, ale przynosi na szczęście garść usprawnień. Moto Z2 Play przeszła kurację odchudzającą i ma teraz zaledwie 6 milimetrów grubości. Urządzenie po raz kolejny stawia na długi czas pracy na baterii, przy zachowaniu względnie wysokiego poziomu wydajności. Pojemność akumulatora zmniejszono niestety do 3000 mAh, co jest krokiem w tył względem poprzednika. Cóż, mniejsze gabaryty mają swoją cenę.Moto Z2 Play - recenzjaDesign zasadniczo nie uległ zmianie, choć wprawne oko dostrzeże parę różnic, poza oczywistym odchudzeniem obudowy. Moto Z2 Play, podobnie jak poprzednik, obsługuje kompleksowy system modów Moto Mods, które przyczepiane są z tyłu obudowy, za pośrednictwem specjalnego złącza magnetycznego. Połączenie jest solidne i dodatkowo zabezpieczone przez mocno wystający obiektyw aparatu głównego, identycznego do tego, jaki znajdziemy w znacznie tańszy modelu Moto G5 Plus.Moto Z2 Play - recenzjaMoto Z2 Play - recenzjaPrzemodelowaniu uległ wygląd 360-stopniowego czytnika linii papilarnych, który teraz ma kształt owalny i jest elegancko wkomponowany w przestrzeń pod ekranem urządzenia. To jeden z najlepszych czytników, z jakim kiedykolwiek miałem styczność. Działa błyskawicznie, absolutnie zawsze poprawnie odczytuje odcisk palca, a za jego pomocą można nie tylko odblokować, ale także zablokować urządzenie, co jest naprawdę bardzo praktyczne. Cóż, nie od dziś firmy Lenovo i Motorola kładą tak mocny akcent na aspekt użyteczności.Moto Z2 Play - recenzjaLenovo Moto Z2 Play korzysta z 5.5-calowego ekranu Super AMOLED, cechującego się doskonałym kontrastem, kątami widzenia i żywymi, nasyconymi kolorami. Co ciekawe, oprogramowanie pozwala automatycznie przełączać go po zmroku w tryb ochrony wzroku, redukujący ilość światła niebieskiego przez ocieplenie jego temperatury barwowej. Jego czytelność w pełnym słońcu stoi na niezłym poziomie, choć nie jest to, co zaskakujące, pierwsza liga. Mogłoby być odrobinę lepiej.Moto Z2 Play - recenzjaUwagę estetów szybko zwrócą uwagę bardzo szerokie ramki nad i pod ekranem, a także całkiem szerokie ramki po bokach wyświetlacza. Są one wyjątkowo dobrze widoczne w testowanym przeze mnie, białym wariancie urządzenia. Prawdę mówiąc nie przeszkadzały mi one zanadto w codziennym użytkowaniu smartfona, ale po prawdzie naprawdę mocno i zupełnie niepotrzebnie poszerzają one i tak duże urządzenie. Drogi producencie, czas ruszyć w stronę designu z minimalnymi ramkami - ludziom się to podoba. :)Moto Z2 Play - recenzjaNad ekranem znajdziemy także dwutonowy LED doświetlający kamerkę o rozdzielczości 5 Mpix, czujnik zbliżeniowy, czujnik światła oraz głośnik multimedialny mono, który pełni również funkcję głośnika do rozmów. Diody powiadomień - brak. Głośnik ten cechuje się zaskakująco dobrą donośnością oraz całkiem niezłym jak na głośnik mono brzmieniem. Myślę, że przy tej cenie urządzenia, Motorola mogła pokusić się o głośniki stereo. Tylny panel urządzenia, który był w Moto Z Play wykonany ze szkła, teraz jest metalowy. Linie anteny poprowadzono tu nietypowo, wzdłuż krawędzi urządzenia. Metal zamiast szkła to moim zdaniem zawsze dobry wybór - trudniej go uszkodzić, a także zabrudzić. Z tyłu obudowy znajduje się jeszcze ładne logo obudowy.Moto Z2 Play - recenzjaMoto Z2 Play - recenzjaInformacje na temat certyfikacji, które przeważnie szpecą tylny panel, przeniesiono tu na dolną ramkę, gdzie znajdują się w asyście portu USB Typu C. Nie mogło zabraknąć również wyjścia audio jack 3.5 mm.Moto Z2 Play - recenzjaMoto Z2 Play - recenzjaSmartfon obsługiwany jest za pomocą przycisków wirtualnych, które umieszczono w obrębie ekranu. Nie wiem jak Wy, ale ja zdecydowanie preferuję dedykowane przyciski wirtualne na obudowie. Na Moto Z2 Play w okolicach czytnika linii papilarnych jest tyle miejsca, że spokojnie wylądowałby tam samolot pasażerski. Myślę, że dobrze byłoby nie zabierać przestrzeni ekranowej i umieścić przyciski funkcyjne właśnie tam.Moto Z2 Play - recenzjaNa obudowie znajdziemy 3 pojedyncze przyciski fizyczne, odpowiedzialne za regulację głośności oraz blokadę ekranu. Mocno wystają poza krawędź obudowy, dobrze klikają, ale do ich rozstawu należy się przyzwyczaić. #break#

Multimedia i wydajność

Jeżeli któryś z producentów smartfonów zasługuje na najwyższe słowa uznania jeśli chodzi o oprogramowanie wykorzystywane w tych urządzeniach, to jest to właśnie firma Lenovo/Motorola. Lenovo Moto Z2 Play wykorzystuje aktualną wersję systemu Android 7.1.1 i możemy być pewni, że jako jedno z pierwszych urządzeń na świecie otrzyma aktualizację do Androida 8.0 Oreo.
Moto Z2 Play to także czyściutki, pozbawiony jakiegokolwiek bloatware soft. System wygląda po prostu wspaniale - jest przejrzysty, lekki i działa niezwykle płynnie. Dbają o to 4 GB pamięci RAM, a także ulepszony wariant popularnego procesora firmy Qualcomm. Snapdragon 626 w Moto Z2 Play dysponuje wciąż 8 rdzeniami, jednak ich taktowanie wzrosło z 2 do 2,2 GHz. Jest to różnica pomijalna, na co wskazują również benchmarki. Konfiguracja jest jednak w zupełności wystarczająca, by móc uruchamiać wiele aplikacji na raz i sprawnie pomiędzy nimi się przełączać. Mało która gra 3D stanowi wyzwanie dla tego urządzenia i w mało którym tytule Z2 Play zdarzy się "zgubić" jedną, czy dwie klatki.
Launcher Lenovo prezentuje się doprawdy świetnie i na myśl przywodzi nieco Pixel Launchera ze smartfonów Google. Ikonki są tutaj okrągłe, co dodaje systemowi specyficznego, oryginalnego wyglądu. Co interesujące, wyświetlanie obrazu w poziomie i zablokowanie go w tej orientacji można włączyć nawet na pulpicie, co powoduje dostosowanie go do nowej perspektywy.Moto Z2 Play - recenzjaLenovo nie ingerowało w oprogramowanie w zasadzie w żaden sposób, dodając od siebie jedynie aplikację Moto, instalowaną także w innych smartfonach, która wprowadza obsługę kilku praktycznych gestów, a także funkcje Moto Voice (wciąż brak wsparcia języka polskiego), Moto Actions (kontrola urządzenia za pomocą gestów) oraz Moto Display, pozwalającą odczytywać powiadomienia bez odblokowywania urządzenia. Wszystkie opcje zobaczycie na poniższych zrzutach ekranu. Gesty działają sprawnie, ale nie powiem, abym często z nich korzystał. Moto Voice w języku polskim nie działa, więc... Najfajniejszy jest zdecydowanie Moto Display, który podświetla ekran w momencie, gdy na niego patrzymy. Opcja zmiany temperatury barwowej wyświetlacza na cieplejszą, wieczorową porą, wchodzi właśnie w skład Moto Display.
Jedynym mankamentem Androida 7.1.1 w wykonaniu Lenovo jest zupełnie niezrozumiały brak możliwości ustawienia automatycznego dopasowania jasności ekranu z poziomu górnej belki. Tą opcję znajdziemy dopiero w menu ustawień. Moto Z2 Play obsługuje Wi-Fi 802.11n, Wi-Fi Direct, Bluetooth 4.2 z A2DP, EDR i LE, GPS z A-GPS i GLONASS, NFC i oferuje USB 3.1 Typu C OTG. Nie zabrakło w niej akcelerometru, żyroskopu, kompasu cyfrowego i czujnika zbliżeniowego. Co ciekawe, jest tu także lubiane przez wielu Radio FM. 64 GB przestrzeni na dane z łatwością można zwiększyć o 256 GB za pomocą karty micro SD i dedykowanego slotu. Oznacza to, że korzystanie z karty nie wyklucza korzystania z dwóch kart SIM (w standardzie Nano-SIM) w trybie dual standby. #break#

Bateria

W momencie premiery utyskiwałem, że Moto Z2 Play ma zmniejszoną o 15% (!) względem poprzednika baterię. Zastosowano tu akumulator o pojemności 3000 mAh, w miejsce akumulatora o pojemności 3510 mAh. Bałem się, że "zetka" straci swój największy atut w postaci rekordowo długiego czasu pracy na baterii. Faktycznie, Z2 Play rekordów poprzednika nie pobije, ale wciąż zasługuje na słowa pochwały. Screen-on-Time wynosi tu nawet 6-6.5 godziny, co jest wynikiem dobrym. Smartfon nie miał problemów, aby działać na pojedynczym ładowaniu nawet 2 dni. Co więcej, Z2 Play wykorzystuje technologię szybkiego ładowania, a w zestawie znajduje się jedna z najlepszych ładowarek na rynku. Zasilacz TurboPower 15 W ładuje smartfon do pełna w ok. 1 godzinę i 35 minut, przy czym do 50% naładowania doprowadza w przeciągu zaledwie 30 minut. Świetne wyniki. Jeśli szukacie smartfonu z wytrzymałą baterią, to Z2 Play stworzono dla Was.Moto Z2 Play - recenzjaAparat Moto Z2 Play korzysta z 12-megapikselowej kamerki głównej z obiektywem o jasności f/1.7 i pikselem o wielkości 1.4um, który powinien zapewnić ładne zdjęcia po zmroku (ale nie zapewnia). To dokładnie taka sama kamera, jaka znalazła się w testowanej przeze mnie jakiś czas temu Moto G5 Plus. Tam patrzałem na nią przez pryzmat relatywnie niskiej ceny urządzenia - tutaj mamy jednak do czynienia ze smartfonem o kilkaset złotych droższym... Z przodu znajdziemy kamerkę 5 Mpix z obiektywem f/2.2 i pikselami 1.4um, doświetlaną również dwutonowym LEDem. Kamerka nagrywa wideo w rozdzielczości 4K w 30 kl./s., w 1080p w 60 klatkach i w 720 w 120 klatkach na sekundę.Moto Z2 Play - recenzjaAplikacja kamery Z2 Play zasługuje na ciepłe słowa - zarówno tryb automatyczny, jak i manualny są bardzo przejrzyste i łatwe w obsłudze. Przełączanie się pomiędzy nagrywaniem wideo i zdjęciami jest bardzo wygone.Jakość zdjęć jest dobra, ale trudno mi było uzyskać powtarzalność jakości zdjęć w zbliżonych warunkach. Często niezbędna jest korekta ekspozycji, często pomęczyć trzeba się z ustawieniem ostrości. Za dnia, w dobrym świetle zdjęcia były naprawdę bohate w detale i kontrastowe, choć rozpiętość tonalna nie zwalała z nóg. Tryb automatyczny po raz n-ty w przypadku smartfonów tego producenta ma tendencję do prześwietlania zdjęć, więc trzeba pilnować pomiaru ekspozycji w trakcie ich przechwytywania i w razie czego go korygować. W gorszych warunkach oświetleniowych kolory stają się sprane, a po zmroku Moto Z2 Play robi po prostu przeciętne zdjęcia. Tryb HDR jak zawsze w przypadku smartfonów Moto dawał sobie doskonale radę. Efekty zobaczcie sami. #break#

Moto Mods

W tym roku do rodziny modyfikacji Moto Mods, przyczepianych do smartfona za pomocą złącza magnetycznego, dołączyło kilka ciekawych nowości - kilka otrzymałem do testów wraz z urządzeniem. Smartfon Moto Z2 Play sprzedawany jest z Moto Style Cover, czyli drewnopodobnym "Modem", który w rzeczywistości jest tylko ładnymi, drewnopodobnymi pleckami dla urządzenia, niwelującymi "garb" w postaci wystającego obiektywu aparatu.Moto Z2 Play - recenzjaPrzy okazji użytkowania smartfonu sprawdziłem możliwości modów JBL Soundboost 2, Moto Power Pack, Moto Style Shell + Wireless Charging oraz Moto TurboPower Pack. Z miejsca oświadczam, że są to gadżety z jednej strony naprawdę fajne i przydatne, a z drugiej - z góry skazane na porażkę. Już tłumaczę.   Moto Power Pack oraz Moto TurboPower Pack to na przykład dwa różne powerbanki. Pierwszy z nich kosztuje 299 złotych i zapewnia dodatkową energię w wysokości 2200 mAh. Drugi z nich, to powerbank z technologią szybkiego ładowania, cechujący się większą grubością i pojemnością 3490 mAh. Jego cena w Polsce wynosić będzie prawdopodobnie 399 złotych. Oba ustawić można w tryb ciągłego doładowywania baterii smartfonu, bądź ładowania go, gdy poziom naładowania baterii spadnie poniżej 80%. Oba mody ładują się przy okazji ładowania smartfonu. Oba są naprawdę przydatne. Oba można zastąpić zwykłym (jasne, nieco mniej poręcznym) powerbankiem. Kilkukrotnie tańszym i trzy razy pojemniejszym.
JBL Soundboost 2 to bardzo fajny (i dość duży) głośnik, z wbudowaną podstawką, umożliwiającą postawienie smartfona w pozycji stojącej. Gra naprawdę przyzwoicie i jest nawet odporny na zachlapania, ale szybki rzut oka na jego cenę (399 złotych) uzmysławia, że za te pieniądze kupimy lepiej brzmiący głośniczek Bluetooth, nie będący Moto Modem.Moto Z2 Play - recenzjaMoto Z2 Play - recenzjaNajfajniejszym z modów są chyba stylowe plecki Moto Style Shell + Wireless Charging, które pozwalają szybko zmienić wygląd tylnego panelu urządzenia, a przy okazji umożliwiają jego bezprzewodowe ładowanie, na przykład w samochodzie. Ich cena to 39.99 dolarów, co przełoży się w Polsce na kwotę około 149 złotych.Moto Z2 Play - recenzjaMoto Z2 Play - recenzjaJak widzicie, moje główne zastrzeżenie to wysokie ceny. Funkcjonalność i użyteczność modów stoi na bardzo wysokim poziomie, podobnie z resztą jak jakość ich wykonania.

Podsumowanie

Nie ulega wątpliwości, że w cenie 1999 złotych da się znaleźć smartfona wydajniejszego, o mocniejszej specyfikacji. Lenovo Moto Z2 Play oferuje jednak absolutnie wystarczający dla większości użytkowników poziom wydajności, dorzucając przy tym coś ekstra - unikalny design (to oczywiście kwestia gustu), bardzo zgrabną i wygodną w obsłudze obudowę, a także długi czas pracy na baterii, świetne oprogramowanie i obsługę praktycznych Moto Mods. Aparat jest niezły, ale w urządzeniu sprzedawanym w tej cenie powinien działać w sposób bardziej przewidywalny.Moto Z2 Play - recenzjaMoim zdaniem Lenovo Moto Z2 Play powinna być nieco tańsza, choć i tak na "dzień dobry" sprzedaje się ją w cenie o 200 złotych niższej, niż poprzednika. Alternatywą dla Moto Z2 Play jest w tym pułapie cenowym OnePlus 5, LG G6 i Samsung Galaxy S7 i wiele osób z pewnością postawi na któregoś z flagowców. Pomysł z modyfikacjami jest godny pochwały, ale Moto Mods są po prostu... zbyt drogie. Powiedzcie mi proszę, kto kupi Moto Mod w postaci powerbanka Incipio offGRID w cenie 299 złotych, jeśli za ułamek tej kwoty otrzyma samodzielnego powerbanka o trzy razy większej pojemności? Kto zainwestuje w głośnik JBL Soundboost 2 kwotę 400 złotych, skoro za połowę tej ceny kupi świetny, markowy głośnik Bluetooth o lepszym brzmieniu? Moim zdaniem Lenovo padnie ofiarą swojej polityki cenowej, która już odbiła się firmie czkawką przy okazji wyceniania niektórych smartfonów z serii Lenovo Moto, a w ten sposób pogrzebana zostanie naprawdę ciekawa technologia.Moto Z2 Play - recenzjaMoto Z2 Play to smartfon dobry, solidny i pozbawiony poważnych wad. Trudno mi jednak przymknąć oko na jego wysoką cenę i powiedzieć, że jest to najlepszy wybór w kwocie do około 2000 złotych.
Mocne strony: Słabe strony:
----
- fenomenalny wygląd
- bardzo wygodna obsługa
- Android Moto = Android w najlepszym wydaniu
- zapowiedziana aktualizacja do Androida 8.0
- niezła ogólna wydajność
- długi czas pracy na baterii
- obsługa szybkiego ładowania
- radio FM
- obsługa dual SIM
- niezależne gniazdo Micro SD
- obsługa praktycznych Moto Mods
- cena... mogłaby być niższa
- grube ramki dookoła ekranu
- brak diody powiadomień
- jakość zdjęć wykonanych po zmroku
- Modo Modsy są drogie
]]>
Testy Najbardziej polecane Sun, 10 Sep 2017 08:00:00 +0200
ASUS ROG Strix Evolve i ROG Puglio - recenzja myszek dla graczy http://www.conowego.pl/testy/asus-rog-strix-evolve-i-rog-puglio-recenzja-myszek-dla-graczy-23795/ ASUS za pomocą swoich myszek ROG Strix Evolve i ROG Puglio chce udowodnić, że należy do ekstraklasy... ASUS ROG Strix Evolve Przez moje ręce zdążyło już przewinąć się kilka myszek modularnych. Jedną z najtańszych jest jednak ASUS ROG Strix Evolve, który nie stawia na efekciarski wygląd, a minimalizm, elegancję i schludność. Strix Evolve, dzięki szerokim możliwościom modyfikacji, nadaje się doskonale jako gryzoń zarówno dla osób prawo-, jak i leworęcznych.ASUS ROG Strix Evolve recenzjaW zestawie z myszką, oprócz obowiązkowej instrukcji obsługi, naklejki ROG oraz oczywiście myszki, znalazły się dwa panele, za sprawą których można w przeciągu kilku sekund diametralnie zmienić budowę myszki. Nieco uwagi poświęcę im za chwilę.ASUS ROG Strix Evolve recenzjaASUS ROG Strix Evolve to myszka o, lubianej chyba przez większość graczy, symetrycznej budowie. Oprócz lewego i prawego przycisku myszy, korzystających z przełączników Omron oraz umieszczonej pomiędzy nimi nieznacznie wystającej poza obrys "płetwie", czyli kolejnym z konfigurowalnych przycisków (domyślnie umożliwiającym zmianę DPI), po obu stronach urządzenia znajdziemy jeszcze łącznie 4 przyciski. Ich dość specyficzne i płytkie rozmieszczenie wymaga odrobiny przyzwyczajenia, ale po pewnym czasie da się je sprawnie aktywować w dowolnym momencie rozgrywki. Główne przyciski myszki mają minimalny skok i błyskawiczny czas reakcji. Ochoczo wracają do swojej wyjściowej pozycji i charakteryzują się minimalną siłą potrzebną do ich aktywacji. Te właśnie cechy czynią z myszki dobrego gryzonia do gier FPS, w których tap shooting, czyli szybkie oddawanie pojedynczych strzałów jest rzeczą priorytetową.ASUS ROG Strix Evolve recenzjaMyszka ASUSa oferuje podświetlenie RGB z obsługą technologii Aura Sync, które widoczne jest jedynie w sekcji znajdującej się pod nadgarstkiem. Iluminowana jest przestrzeń w kształcie odwróconej litery T. Podświetlenie jest bardzo ładne, ale po położeniu dłoni na obudowie myszki - w zasadzie niewidoczne. Zarówno rolka, jak i obie boczne strony myszy, pokryte zostały przyjemną w dotyku gumą o charakterystycznym dla gryzoni ASUSa wzorze. Rolka pracuje z wyraźnie zaznaczonym przeskokiem, nie pływa pod palcem i jej obsługa jest bardzo przyjemna.Mocno opadający tył obudowy pozwala dość szybko wygodnie ułożyć nadgarstek na myszce. Strix Evolve jest myszką stosunkowo lekką, co jest kolejną cechą przemawiającą za tym, aby wykorzystywać ją w grach dynamicznych. Nie jest to może ultralekka waga Logitecha G300, ale do ciężkiego Roccata Tyon myszce daleko Pod spodem myszki znajdziemy 4 średniego rozmiaru teflonowe ślizgacze, pomiędzy którymi znajdziemy popularny i lubiany przez graczy (a przy tym mój ulubiony) sensor optyczny Pixart PMW 3330, prawdopodobnie robiony na specjalne zamówienie ASUSa. Jego parametry - rozdzielczość 7200 pikseli, 150 DPS i przyspieszenie 30 g są tożsame z parametrami owego modułu.ASUS ROG Strix Evolve recenzjaJedną z zalet ASUS ROG Strix Evolve jest jego modularność, czyli możliwość dostosowania kształtu budowy do określonego chwytu, prawej lub lewej ręki, albo po prostu do indywidualnych preferencji użytkownika. Nie da się tutaj wymieniać bocznych przycisków, jak w ROG Puglio, ani też modyfikować podstawki pod kciuki - zamiast tego gracz może wymienić oba, bądź jeden górny panel urządzenia na odpowiadający jego preferencjom. Oba panele dołączone w zestawie różnią się od siebie kątem nachylenia w dolnej sekcji.ASUS ROG Strix Evolve recenzjaASUS ROG Strix Evolve recenzjaWszystkie ustawienia myszy modyfikować można z poziomu oprogramowania ASUS Armoury, które od mojego ostatniego z nim kontaktu przeszło sporo ulepszeń i działa teraz znacznie lepiej i płynniej. Jego interfejs jest przejrzysty, a kolorystyka utrzymana w charakterystycznych dla serii urządzeń ROG czarno-czerwonych barwach. Uwagę zwraca przydatna funkcja skalibrowania sensora myszy do powierzchni, po której się porusza.Wszystkie przyciski myszki są programowalne i można do nich przypisywać dowolną funkcję, nawet otwierania aplikacji. Edytor makr ma bardzo podstawowy wygląd, ale pozwala nagrywać nawet bardzo zaawansowane kombinacje akcji. Największa wada myszki na poziomie oprogramowania? Użytkownik może przełączać się jedynie pomiędzy dwoma ustawieniami DPI podczas gry. Nie jest to jednak wada poważna, bowiem naprawdę niewielu jest graczy zmieniających DPI w trakcie gry o więcej niż jedno "oczko", celem na przykład zwiększenia precyzji strzału.Nie mogło zabraknąć opcji podświetlenia i pomimo, że ze względu na ograniczoną liczbę stref podświetlenia na gryzoniu nie należy tu spodziewać się fajerwerków, to wszystkie niezbędne opcje są. Jest możliwość wybrania dowolnego koloru z palety barw RGB, jest możliwość synchronizacji podświetlenia z systemem Aura Sync - jest więc wszystko, co do szczęścia potrzebne.Podsumowanie Można powiedzieć, że ASUS ROG Strix Evolve to myszka stworzona dla... każdego. Niewiele jest bowiem myszek sprzedawanych w tej cenie, które oferują modularną obudowę i możliwość dostosowania kształtu do indywidualnych preferencji użytkownika. Na dokładkę otrzymujemy rewelacyjny, precyzyjny sensor optyczny Pixart PWM3330, przyzwoite oprogramowanie i subtelne podświetlenie RGB. Doskonale klikające przyciski główne i relatywnie niewielka waga czynią gryzonia ciekawą propozycją dla wszystkich miłośników dynamicznych gier FPS. Jedynym minusem wydaje się być brak systemu ciężarków, bez którego i tak większość graczy będzie się w stanie obejść.
Mocne strony: Słabe strony:
- responsywne przyciski główne
- świetny sensor optyczny
- symetryczna budowa
- doskonała dla osób lewo- i praworęcznych
- modularność górnych paneli
- podświetlenie RGB z Aura Sync
- niezłe oprogramowanie
- brak systemu ciężarków

#break#

ASUS ROG Pugio

Druga z testowanych myszek ASUSa również pozwala na modyfikacje, jednak są to modyfikacje jeszcze bardziej nietypowe. W zestawie z ASUS ROG Pugio znajdziemy jeszcze pokrowiec umożliwiający transport myszki, naklejkę ROG oraz intrygujące trójkątne pudełeczko z kilkoma akcesoriami, o których za chwilę.ASUS ROG Pugio recenzjaROG Pugio to kolejna symetryczna myszka, z bardzo mocno podniesioną tylną częścią obudowy, na której spoczywać ma nadgarstek. Symetryczność gryzonia pozwala z niego wygodnie korzystać zarówno osobom lewo-, jak i praworęcznym. Zarówno osoby stosujące claw grip, jak i fingertip grip powinny być zadowolone. Ja jako osoba korzystająca z chwytu palm grip uważam, że tylna część obudowy mocno utrudnia ten rodzaj kontroli.ASUS ROG Pugio recenzjaPrawy i lewy klik ASUSa ROG Pugio charakteryzują się nieco większym oporem, niż ma to miejsce w przypadku Strix Evolve, ale wciąż jest to opór bardzo niewielki. W teście na tap shooting przełączniki Omron spisywały się wzorcowo i może raz zdarzyło mi się wystrzelić dwa pociski na raz.ASUS ROG Pugio recenzjaCzas ujawnić sekret trójkątnego pudełeczka. Znajdziemy w nim alterantywne przyciski boczne... japońskie przełączniki Omron, mocowane pod głównymi przyciskami myszy, które wymagają nieco większej siły aktywacji, niż chińskie Omrony zamontowane domyślnie w myszce. Przyciski boczne, podobnie jak panele górne w ASUS ROG Strix Evolve, mocowane są za pomocą magnesów. Aby wymienić przełączniki, należy się nieco bardziej nagimnastykować i najpierw zdjąć gumowe osłonki u spodu myszki, a następnie rozkręcić gryzonia.ASUS ROG Pugio recenzjaWydaje się, że do pełni modularnego szczęścia brakuje tylko możliwości wymiany sensora. Pytanie po co wymieniać doskonały sensor optyczny Pixart PWM 3330 o rozdzielczości 7200 DPI, zamocowany w myszce? Dzięki niemu myszka porusza się świetnie po każdej podkładce i niemal po każdej powierzchni, na której ją testowałem. Trudno o drugi tak dobry sensor, no może z wyjątkiem nieco lepszego Pixarta PWM 3360, o którego notabene ASUS mógł się tu pokusić.ASUS ROG Pugio recenzjaASUS ROG Pugio oferuje piękne, trzystrefowe podświetlenie RGB ze wsparciem dla technologii Aura Sync. Dawno nie widziałem tak ładnie podświetlonej myszki. Jasne, podświetlenie to tylko niewiele znaczący bajer, ale po zmroku myszka prezentuje się przy komputerze po prostu fenomenalnie. Mała rzecz, a cieszy.ASUS ROG Pugio recenzjaWszystkie ustawienia myszy modyfikować można z poziomu oprogramowania ASUS Armoury, które od mojego ostatniego z nim kontaktu przeszło sporo ulepszeń i działa teraz znacznie lepiej i płynniej. Jego interfejs jest przejrzysty, a kolorystyka utrzymana w charakterystycznych dla serii urządzeń ROG czarno-czerwonych barwach. Uwagę zwraca przydatna funkcja skalibrowania sensora myszy do powierzchni, po której się porusza. W przypadku ROG Puglio, w przeciwieństwie do Evolve, jest możliwość konfiguracji manualnej.ASUS ROG Pugio recenzjaASUS ROG Pugio recenzjaWszystkie przyciski myszki są programowalne i można do nich przypisywać dowolną funkcję, nawet otwierania aplikacji. Edytor makr ma bardzo podstawowy wygląd, ale pozwala nagrywać nawet bardzo zaawansowane kombinacje akcji. Największa wada myszki na poziomie oprogramowania? Użytkownik może przełączać się jedynie pomiędzy dwoma ustawieniami DPI podczas gry. Nie jest to jednak wada poważna, bowiem naprawdę niewielu jest graczy zmieniających DPI w trakcie gry o więcej niż jedno "oczko", celem na przykład zwiększenia precyzji strzału.ASUS ROG Pugio recenzjaASUS ROG Pugio recenzjaNie mogło zabraknąć opcji podświetlenia i pomimo, że ze względu na ograniczoną liczbę stref podświetlenia na gryzoniu nie należy tu spodziewać się fajerwerków, to wszystkie niezbędne opcje są. Jest możliwość wybrania dowolnego koloru z palety barw RGB, jest możliwość synchronizacji podświetlenia z systemem Aura Sync - jest więc wszystko, co do szczęścia potrzebne.ASUS ROG Pugio recenzjaASUS ROG Pugio recenzjaPodsumowanie ASUS ROG Puglio to kolejna ciekawa myszka w ofercie ASUSa. Mogłoby się wydawać, że języczkiem u wagi jest tutaj możliwość wymiany przycisków bocznych i opcja w miarę bezproblemowej wymiany przełączników Omron, na te, które producent dołącza w zestawie, co pozwoli dopasować mysz do swoich preferencji. Moim zdaniem jednak ROG Puglio to przede wszystkim urządzenie z niezwykle precyzyjnym sensorem, z którego z powodzeniem skorzystają osoby zarówno lewo-, jak i praworęczne. Specyficzny kształt obudowy utrudnia nieco korzystanie z niej w chwycie palm grip, jednakże osoby stawiające na claw grip i fingertip grip będą zachwycone.ASUS ROG Pugio recenzjaDobra wydajność, solidne oprogramowanie, pewnego rodzaju modularność i ładne podświetlenie, to jednak odrobinę za mało, aby usprawiedliwić wysoką cenę myszki. 379 złotych to kwota dość wygórowana zważywszy na to, że ASUS ROG Strix Evolve, charakteryzujący się tak samo dobrą wydajnością i możliwością dopasowania górnych paneli do indywidualnych preferencji gracza, kosztuje ponad 80 złotych mniej. Mam wrażenie, że płacimy tutaj więcej za dodatkowe możliwości, z których skorzysta niewielu graczy. Jeśli jednak urzeka Was wygląd myszy, nie korzystacie na co dzień z chwytu palm grip, a wysoka cena Wam nie przeszkadza - kupujcie śmiało, a będziecie zadowoleni.
Mocne strony: Słabe strony:
----
- możliwość wymiany przełączników i przycisków bocznych
- responsywne przyciski główne
- świetny sensor optyczny
- symetryczna budowa
- doskonała dla osób lewo- i praworęcznych
- podświetlenie RGB z Aura Sync
- niezłe oprogramowanie
- brak systemu ciężarków
- wysoka cena
]]>
Testy Najbardziej polecane Wed, 06 Sep 2017 08:00:00 +0200
Xiaomi Mi 5X - recenzja smartfona niemal idealnego, kosztującego ok. 780 złotych http://www.conowego.pl/testy/xiaomi-mi-5x-recenzja-smartfona-niemal-idealnego-kosztujacego-ok-780-zlotych-23707/ Xiaomi Mi 5X to namacalny dowód na to, że na smartfony nie ma sensu wydawać dużych pieniędzy.... pozbawiony jest istotnych wad, a przy okazji sprzedawany jest w cenie, którą większość z tych osób uzna za przystępną. Nie sztuką jest przecież stworzyć świetnego smartfona, będącego obiektem westchnień milionów osób i sprzedawać go w cenie używanego samochodu, prawda? Nie dajmy się zwariować. Zdecydowana większość osób chce żeby smartfon: działał płynnie, robił ładne zdjęcia, był solidnie wykonany, długo działał na pojedynczym ładowaniu akumulatora, był atrakcyjny od strony wizualnej, a także miał w sobie "to coś", co przykuwa uwagę.Xiaomi Mi 5X - recenzjaJasne, doceniam fenomenalny ekran w Galaxy S8+, czy też możliwości jego aparatu, doceniam superwydajny układ Snapdragon 835, zastosowany w kosztującym mniej niż 2000 złotych Xiaomi Mi 6, czy też OnePlus 5, ale... Umówmy się, że są to rzeczy, którymi ekscytujemy się wszyscy my - sprzętowi "onaniści". Dla całej reszty ludzkości, czyli zapewne ponad 99% użytkowników smartfonów, nie mają one aż tak wielkiego znaczenia. Nie są powodem, dla którego za smartfona mieliby płacić 2, 3, a nawet 4 tysiące złotych. Smartfon drogi w mniemaniu wielu osób, to urządzenie kosztujące ok. 1500 złotych. Taki za 4000 złotych w ogóle nie mieści się w wyobrażeniach wielu osób. Niestety, jakiś czas temu daliśmy sobie wmówić, że z jakichś powodów potrzebujemy tak drogich urządzeń i gdzieś z tyłu głowy znajdujemy usprawiedliwienie dla ich wysokich cen. Tymczasem... Xiaomi Mi 5X w wersji z 4 GB RAMu i 32 GB pamięci kosztuje w sprawdzonym przez nas sklepie Gearbest równowartość 780 złotych (219.99 dolarów). Xiaomi Mi 5X z 4 GB RAMu i 64 GB pamięci na dane do wydatek rzędu zaledwie 249.99 dolarów, czyli ok. 890 złotych. I dla mnie ceny te są nieprawdopodobnie niskie, biorąc pod uwagę to, jak fenomenalnym urządzeniem Xiaomi Mi 5X okazał się na przestrzeni ostatnich 2 tygodni jego użytkowania.Xiaomi Mi 5X - recenzjaI teraz słuchajcie, wszyscy Ci, którzy śmiejecie się właśnie mówiąc "jaaaaasne, #xiaomilepsze". Nie, absolutnie nie jestem osobą głoszącą takie stwierdzenia i jednym akolitów tego... ekhm, kultu. Popularnego Xiaomi Redmi Note 3 swego czasu niemal zmieszałem z błotem, narażając się tym samym na ostrą krytykę wielu fanom "chińskiego Apple". Dalej z resztą uważam, że był po prostu przeciętny, a ochrona jego ekranu i jakość wykonania obudowy wołały o pomstę do nieba. Xiaomi Mi 5X jest po prostu... inny. Z resztą, to urządzenie z serii Mi, a nie kojarzonej z tanimi telefonami Redmi. Xiaomi Mi 5X to w moim odczuciu spełnienie marzeń każdej osoby, która chce "tanio, dobrze, płynnie i bez kompromisów". Aha i "żeby jeszcze robił fajne zdjęcia". Tak, uważam, że Xiaomi Mi 5X jest pierwszym tak tanim smartfonem, którego zakup nie wiąże się z absolutnie żadnymi wyrzeczeniami. Nie rezygnujemy z popularnych i wiodących nowych technologii (jest USB Typu C, szybkie ładowanie, czytnik linii papilarnych), z przyzwoitego aparatu (tutaj niemal żywcem z flagowego Xiaomi Mi 6!), metalowej obudowy, świetnej jakości wykonania, dobrego wyświetlacza... jest tego więcej.Xiaomi Mi 5X - recenzjaCzytajcie, bo tego smartfona powinien znać każdy, w każdym zakątku Ziemi. Tej Ziemi. ;) To urządzenie po prostu musi się pojawić na sklepowych półkach, a jeśli nie... pozostaje import z Chin.
Specyfikacja Xiaomi Mi 5X

Ekran: 5.5" LTPS IPS 1080x1920 pikseli (ok. 490 cd/m2)
Procesor: Snapdragon 625 (8x 2.0 GHz Cortex A53)
RAM: 4 GB
Pamięć: 32/64 GB
Aparaty: Podwójny 12 Mpix (26 mm, f/2.2) + 12 Mpix (50 mm, f/2.6) / 5 Mpix
Dual SIM: TAK (standby)
Łączność: USB Typu C, czytnik linii papilarnych, GPS, Wi-Fi 802.11ac, iRDa
System: Android 7.1.2 + MIUI 8 / MIUI 9
Akumulator: 3080 mAh + Quick Charge 3.0 (w zestawie jedynie ładowarka 5V/2A)
Wymiary: 155.3 x 75.8 x 7.3 mm
Waga: 165 gramów


Design jest fenomenalny (choć wtórny), a jakość wykonania - prima sort

Xiaomi Mi 5X to od strony wizualnej połączenie co najmniej dwóch znanych i lubianych smartfonów. Z tyłu wykonanej z metalu obudowy, w regionie podwójnego aparatu widać... mocną inspirację smartfonem OnePlus 5. Moduł kamery został natomiast niemal 1:1 wzięty z Xiaomi Mi 6 (jeden z obiektywów głównego aparatu jest ciemniejszy - f/2.2 vs f/1.8 w Mi 6), i z zupełnie niezrozumiałych mi powodów występuje tutaj na charakterystycznej "wysepce" wystającej poza obrys obudowy, w asyście dwutonowej diody doświetlającej.Xiaomi Mi 5X - recenzjaAparat korzysta z dwóch sensorów o rozdzielczości 12 Mpix oraz obiektywu szerokokątnego (26 mm, f/2.2) oraz teleobiektywu (50 mm, f/2.6), który umożliwia bezstratny 2-krotny zoom optyczny. Rozmiar pikseli wynosi odpowiednio 1.25 i 1.0 µm.Xiaomi Mi 5X - recenzjaNie obyło się również bez podobieństwa do smartfonów marki Apple, których "kalką" jest w koncu, w pewnym stopniu, tylny panel smartfonu OnePlus 5. Oprócz podobieństw aparatu mamy tutaj też charakterystycznie prowadzone, niemal niewidoczne w przypadku czarnej wersji, linie anteny. Prezentują się niezwykle estetycznie. Smartfon bardzo dobrze leży w dłoni, jest dobrze wyważony i wygodny w obsłudze, nawet przy użyciu jednej ręki. Tu jedynie drobne moje zastrzeżenie: cała konstrukcja jest stosunkowo śliska, więc część osób zechce zamknąć ją w dodatkowym etui. Te obecnie produkowane są z tak cienkiego oraz przyjemnego i miękkiego w dotyku tworzywa, że korzystanie z nich nie jest wcale złem koniecznym. Z tyłu urządzenia umieszczono okrągły czytnik linii papilarnych, który swoją reakcją na dotyk wcale nie przywodzi na myśl czytników stosowanych w smartfonach Xiaomi. Przypomina on raczej najlepsze czytniki z urządzeń Huawei i Honor, znanych z błyskawicznej pracy i ocenianych jako najlepsze na rynku. Porównywanie kultury jego pracy z czytnikami z serii Redmi jest wręcz niestosowne. Obudowa smartfonu skrywa także trzy metalowe, fizyczne przyciski, wystające w wyczuwalny pod opuszkami palców sposób poza krawędź obudowy. Nie posiadają one najmniejszego luzu roboczego, są miłe w dotyku i bardzo satysfakcjonująco klikają. Są po prostu idealne.Xiaomi Mi 5X - recenzjaNa górnej krawędzi ramki obudowy znajdziemy jeden z mikrofonów, a także diodę IR, sygnalizującą obecność podczerwieni. Oznacza to, że Xiaomi Mi 5X może pełnić funkcję nowoczesnego pilota do telewizora. Nie mogło również zabraknąć złącza USB Typu C (niestety, w standardzie 2.0), umieszczonego na dolnej krawędzi ramki, poprzez które naładujemy smartfona z wykorzystaniem technologii szybkiego ładowania Quick Charge 3.0. W asyście popularnego złącza znajduje się wyjście jack 3.5 mm, które jest ostatnimi czasy w nowych smartfonach niemal na "wymarciu".Xiaomi Mi 5X - recenzjaNa dolnej ramce znajduje się też perforowana maskownica głośnika multimedialnego. Jest to głośnik mono, ale jakość dźwięku, który się z niego wydobywa, przywodzi na myśl raczej flagowce, a nie smartfony kosztujące 800 złotych. Dźwięki są nadspodziewanie donośne, czyste i nawet po ustawieniu głośności na maksimum, nie przesterują. Wielkie, pozytywne zaskoczenie. Kolejnym z pozytywnych zaskoczeń jest 5.5-calowy ekran Full HD, wykonany w technologii LTPS IPS, który zajmuje 70.1% powierzchni przedniego panelu urządzenia. Zmierzona jasność wynosiła 492 cd/m2, czyli była dużo wyższa od deklarowanej. Nigdy nie widziałem tak dobrego wyświetlacza w smartfonie sprzedawanym w cenie poniżej 1000 złotych. Jego czytelność, nawet w intensywnym świetle dziennym, jest wzorowa.Xiaomi Mi 5X - recenzjaPod ekranem znajdziemy trzy podświetlane, subtelne, przyciski wirtualne. Ich responsywność nie pozostawia absolutnie niczego do życzenia. Działają po prostu świetnie i sprawnie reagują na dotyk.Xiaomi Mi 5X - recenzjaNa obudowie znajdziemy jeszcze gniazdo z tacką na dwie karty SIM lub jedną kartę SIM i kartę pamięci Micro SD o pojemności 128 GB. Gniazdo hybrydowe, niestety, ale w obecnych czasach to niemal norma. #break#

Android 7.1.2 z MIUI 9 działa po prostu doskonale

Tutaj drobna uwaga. Kupiony przeze mnie smartfon bazował na ROMie w wersji China, jako że zamawiany był jeszcze przed premierą urządzenia w wersji Global. Z racji tego, że jedynym softem Global, udostępnionym w sieci jest MIUI 9 Beta od Xiaomi.eu (MIUI 9 7.8.24), to właśnie na tym oprogramowaniu testowałem telefon. Sprawdziłem oczywiście wersję MIUI 9 China ROM, ale wolałem korzystać z ROMu dostosowanego do warunków europejskich, bez chińskich aplikacji. Podkreślam, że obecnie sprzedawane są już wersje Global Xiaomi Mi 5X, z międzynarodowym oprogramowaniem i sklepem Google Play.Xiaomi Mi 5X - recenzjaNo właśnie, tu pojawia się pierwsza "wada" urządzenia, która de facto wadą nie jest, a jedynie złamaną obietnicą. Xiaomi Mi 5X miał debiutować z finalną wersją MIUI 9 na pokładzie. Niestety, wszystkie smartfony z China ROM i Global ROM wysyłane są do tej pory z MIUI 8.5. Do tej pory nie ma stabilnej wersji MIUI 9, ale każdy może w łatwy sposób zainstalować wersję rozwojową nakładki Xiaomi. MIUI 9 wprowadza kilka wyczekiwanych nowości, z których najważniejszą jest chyba tryb podzielonego ekranu, umożliwiający pracę na jednocześnie dwóch różnych okienkach aplikacji. W MIUI 9 dodano także nowe motywy i zmieniono nieco wygląd ikonek na, moim zdaniem, jeszcze ładniejsze. Istnieje tu możliwość wybierania pomiędzy siatką pulpitu w formacie 4x5 oraz 5x5, możemy także wybierać spośród kilku różnych animacji zmiany ekranu. Android w wydaniu Xiaomi nabrał moim zdaniem rumieńców i naprawdę może się podobać. Jest minimalistycznie, estetycznie i kolorowo - wszystko wykonane ze smakiem.

Xiaomi zapowiadało, że w MIUI 9 aplikacje mają uruchamiać się szybciej niż kiedykolwiek, a jeśli będziecie w danym momencie korzystać z danej aplikacji, aby zapewnić jej sprawne działanie oprogramowanie uczyni ją priorytetem dla zasobów systemowych. Trudno nie ulec wrażeniu, że MIUI 9 działa odczuwalnie szybciej od poprzednich wersji systemu. Smartfon wyposażony jest w 4 GB RAM i naprawdę trudno jest sprawić, by ilość ta wypełniona została po brzegi. Zminimalizowane do pamięci podręcznej aplikacje uruchamiają się z niej błyskawicznie i nie występuje tu problem znany wielu osobom z samoczynnym usuwaniem apek z jej zasobów.
W systemie obecny jest praktyczny tryb obsługi jedną ręką – wybrać możemy nawet czy ekran po pomniejszeniu go gestem ma mieć 4” czy 4.5”. Pojawiła się także po raz kolejny opcja stworzenia drugiego profilu w telefonie - z własnymi aplikacjami i ustawieniami.
Testowane przeze mnie urządzenie dysponowało 64 GB pamięci na dane, z czego użytkownik ma do swojej dyspozycji 54 GB. W sprzedaży jest też wersja z 32 GB pamięci. Dobre wieści: jest radio FM, tak rzadko spotykane, zastępowane regularnie radiem cyfrowym. Jest też LTE, Wi-Fi 802.11ac, Bluetooth 4.2 z A2DP i LE, A-GPS z GLONASS i BDS oraz wymieniony przeze mnie na początku recenzji port podczerwieni. Wśród programów zainstalowanych w systemie jest apka Mi Pilot, która pozwala zamienić Xiaomi Mi 5X, no nie zgadniecie, w pilot do telewizora. W urządzeniu zabrakło niestety modułu NFC, a więc płatności zbliżeniowe za pomocą tego urządzenia nie będą możliwe. Niby na czymś trzeba było zaoszczędzić, ale koszt owego modułu jest raczej niewielki, więc... Niezrozumiała decyzja.

Snapdragon 625 to za mało? Ciekawe dla kogo...

Od strony multimedialnej smartfon prezentuje się doskonale. 4 GB RAMu w zupełności wystarczają Androidowi 7.1.2 z nakładką MIUI 9 do idealnie płynnego działania. Wąskim gardłem nie jest tu także moim zdaniem pogardzany przez wielu miłośników wysokopółkowych rozwiązań układ Snapdragon 625 (8 rdzeni Cortex A53 o taktowaniu 2.0 GHz). Do płynnego działania aplikacji - wystarczy, do płynnego uruchamiania gier 3D - również. Jaki inny procesor chcielibyście widzieć w smartfonie za 780 złotych? W polskich sklepach nierzadko znajdziecie w tej cenie badziewiaki z 4-rdzeniowym MediaTekiem lub kiepskim Snapdragonem 410. Wynik w benchmarku AnTuTu, osiągany przez Xiaomi Mi 5X to 65 000 punktów, czyli jak na tę klasę urządzeń bardzo wysoki.Xiaomi Mi 5X - recenzjaOczywiście jeśli zamierzacie siedzieć ze stoperem i uruchamiać kolejkę 30 aplikacji pod rząd, od razu skierujcie wzrok w stronę czegoś ze Snapdragonem 835 - on uruchomi te aplikacje szybciej.

Czas działania na baterii jest świetny...

... i dlatego warto było postawić na Snapdragona 625. Nie jest to może procesor z najwyższej półki, ale gwarantujący rozsądną wydajność i nie wykazujący dużego zapotrzebowania na energię. Tej, z akumulatora o pojemności 3080 mAh, nie ubywa wcale w zastraszającym tempie, a Xiaomi Mi 5X bez większego wysiłku przepracuje 2 dni na pojedynczym ładowaniu baterii. Osoby korzystające z urządzenia sporadycznie mogą osiągnąć jeszcze lepsze rezultaty, gdyż uśpione urządzenie cechuje znikomą prądożerność. Na dokładkę, otrzymujemy technologię szybkiego ładowania Quick Charge, która zapasy energii pozwala uzupełnić w czasie ok. 1 godziny i 45 minut. Szybko? Moim zdaniem, tak. Niestety, w zestawie znajduje się tylko zwykła ładowarka 5V/2A i czasy uzyskiwane przez nią są nieco gorsze. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby dokupić szybkoładowarkę, np taką, z jakiej korzysta Xiaomi Mi 6. #break#

Aparat z flagowca w smartfonie za 780 złotych - to nie żart

No to jeszcze raz: w Xiaomi Mi 5X znajdziemy aparat zaczerpnięty z flagowego Xiaomi Mi 6, choć jeden z obiektywów głównego aparatu jest ciemniejszy - f/2.2 vs f/1.8 w Mi 6. Oczywiście nie jest to aparat zajmujący pierwsze miejsce w rankingach, ale śmiało staje w szranki z aparatem z kosztującego niemal 3 razy więcej OnePlus 5 oraz bez problemu nawiązuje rywalizację z flagowcami sprzedawanymi w cenie do ok. 2500 złotych. Aparat główny korzysta z dwóch sensorów o rozdzielczości 12 Mpix oraz obiektywu szerokokątnego (26 mm, f/2.2) oraz teleobiektywu (50 mm, f/2.6), który umożliwia bezstratny 2-krotny zoom optyczny. Rozmiar pikseli wynosi odpowiednio 1.25 i 1.0 µm. Urządzenie radzi sobie doskonale za dnia i nieco gorzej w nocy. Czasami należy skorygować ekspozycję, aby zrobić zdjęcie lepsze, niż pozwala na to tryb automatyczny. Nie zabrakło nagrywania filmów w rozdzielczości 4K i w slow motion. Zabrakło natomiast optycznej stabilizacji obrazu (obecna w Mi 6), którą zastępuje elektroniczna stabilizacja. Z jakim skutkiem? Takim sobie. Nie skłamię jednak, jeśli powiem, że Xiaomi Mi 5X oferuje najlepszy aparat (lub jeden z najlepszych) spośród wszystkich smartfonów sprzedawanych w cenie do ok. 1500 złotych.Xiaomi Mi 5X - recenzjaZ przodu jest nieco gorzej, bowiem zastosowano tu kamerkę 5 Mpix z możliwością nagrywania filmów 1080p. Jest dobrze, ale szału nie ma. Przepraszam, jak na tak tani smartfon, szał jest. Jak wypadają zdjęcia? Zobaczcie sami. Możecie także zerknąć do recenzji Xiaomi Mi 6 - to niemal to samo (różnica w jasności głównego obiektywu f/1.8 vs f/2.2 da się odczuć w gorszych warunkach oświetleniowych, sensory są identyczne). #break#

Xiaomi Mi 5x - prawdziwy pogromca flagowców

OnePlus nazwał swojego pierwszego smartfona - model OnePlus One, pogromcą flagowców, ze względu na jego świetne parametry i atrakcyjną cenę. Ja natomiast uważam, że na miano pogromcy flagowców zasługuje Xiaomi Mi 5X, bo mogąc kupić tak świetny smartfon za cenę ok. 800 złotych po prostu... nie sięgałbym po flagowca. Mam dopłacać ok. 1000 złotych za lepszy procesor? Dziękuję, postoję. Xiaomi Mi 5X jest bajecznie tani, a przy tym oferuje wszystko, czego moglibyśmy wymagać od porządnego smartfonu. Jest tu metalowa, ładna obudowa, bardzo dobry jakościowo ekran Full HD, obsługa technologii szybkiego ładowania, wydajne podzespoły (Snapdragon 625 i 4 GB RAMu), USB Typu C (2.0, niestety), jack 3.5 mm, donośny głośnik, rewelacyjny aparat (żywcem wzięty z Xiaomi Mi 6), aktualny system Android 7.1.2 z nakładką MIUI 9 (aktualnie w wersji beta) i obietnica rychłej aktualizacji do Androida 8.0. Naprawdę, czego chcieć więcej?Czy smartfon ten ma jakieś wady? Nie oferuje łączności LTE B20, jak wiele innych smartfonów Xiaomi, ale zaświadczam Wam, że da się bez niej żyć. Może to wpływać negatywnie na zasięg sieci LTE w słabiej zaludnionych regionach Polski. Ja korzystając z Xiaomi Mi 6 podczas podróży braku pasma B20 nie odczuwam. Drugą wadą może być brak obiecanego MIUI 9 "na start", które na razie dostępne jest jedynie w formie aktualizacji wersji Beta. Jest to jednak opóźnienie dotyczące wszystkich urządzeń Xiaomi. Innych wad nie stwierdzono. Oj nie, nie w tej cenie. Kilka znalezionych „na siłę” wpisałem jednak w tabelkę, żebyście nie zarzucali mi tutaj braku jakiegokolwiek obiektywizmu, bo tego mi naprawdę nie brakuje. I dalej nie mogę wyjść z podziwu, że tego smartfona można kupić za zaledwie 219 dolarów (za wersję z 4 GB RAMu i 32 GB pamięci na dane). Nawet się nie zastanawiajcie. Jeśli szukacie smartfona w tej cenie lub nawet nieco droższego, po prostu kupcie Xiaomi Mi 5X. Nic lepszego nie znajdziecie.

Ceny Xiaomi Mi 5X w Gearbest (najniższe w sieci):

Xiaomi Mi 5X 4 GB RAM / 32 GB pamięci - 219.99 dolarów (ok. 780 złotych)
Xiaomi Mi 5X 4 GB RAM / 64 GB pamięci - 249.99 dolarów (ok. 890 złotych)


Mocne strony: Słabe strony:
----
- fenomenalna relacja ceny do możliwości
- najwyższy poziom wykonania
- przykuwający oko design
- rewelacyjny aparat
- wysoka wydajność
- śmiesznie niska cena
- szybkie ładowanie Quick Charge 3.0
- długi czas pracy na baterii
- świetny czytnik linii papilarnych
- bardzo dobre oprogramowanie
- jakość dźwięku z głośnika multimedialnego
- wysoka jakość rozmów
- radio FM
- Wi-Fi 802.11ac

 

- brak LTE B20
- brak NFC
- szybkoładowarkę należy dokupić
- USB Typu C w standardzie 2.0
- hybrydowy Dual SIM
- wystający aparat główny
- brak obiecanego MIUI 9 „na start”
Xiaomi Mi 5X - recenzja]]>
Testy Najbardziej polecane Thu, 31 Aug 2017 07:00:00 +0200
Razer Blackwidow Chroma V2 vs Logitech G910 Orion Spectrum http://www.conowego.pl/testy/razer-blackwidow-chroma-v2-vs-logitech-g910-orion-spectrum-23660/ Oto jedne z najlepszych na świecie klawiatur mechanicznych dla graczy. Przetestowaliśmy dla Was... Runda 1: Design i jakość wykonania Razer Blackwidow Chroma V2 Najnowsza edycja popularnej klawiatury Razera pozytywnie zaskakuje pozytywnie już po rozpakowaniu pudełka. Producent dołączył bowiem do urządzenia także ładny brelok z podświetleniem, który jest w istocie... podświetlanym klawiszem pochodzącym z tej klawiatury. Miło!Razer Blackwidow Chroma V2Razer Blackwidow Chroma V2 to klawiatura o całkiem sporych rozmiarach. Pomimo braku dedykowanych klawiszy multimedialnych, posiada ona niewielki wyświetlacz z diodami LED, a także pionowy rząd pięciu klawiszy makro, umieszczonych z lewej strony klawiatury.Razer Blackwidow Chroma V2W zestawie znajduje się też wspaniale wykonana, miękka podkładka pod nadgarstek, którą do urządzenia podpinamy za pomocą niewidocznych magnesów. Jeśli tylko macie miejsce na biurku lub w szufladzie - warto z niej korzystać, bowiem jest szalenie wygodna.Razer Blackwidow Chroma V2Cała klawiatura jest wykończona matowym plastikiem, co zapobiega nie tylko przyleganiu do niej kurzu, ale także pojawiania się na jej powierzchni odcisków palców. Jedynymi połyskującymi elementami są podświetlane logo Razera pod klawiszem spacji oraz panel z diodami.Razer Blackwidow Chroma V2Razer Blackwidow Chroma V2Wszystkie klawisze oparte na autorskich, pomarańczowych, liniowych przełącznikach Razera, są podświetlane. Za iluminację odpowiada system Chroma, umożliwiający zmianę indywidualnego podświetlenia każdego przycisku, na dowolny kolor z palety 16.8 miliona barw.Razer Blackwidow Chroma V2Klawiatura Razera posiada kabel zasilający w oplocie, zakończony dwoma wtyczkami USB oraz... wtyczką jack 3.5 mm. Niestety, HUB oferowany przez klawiaturę ogranicza się do jedynie jednego portu, umieszczonego z prawej strony urządzenia.Razer Blackwidow Chroma V2Logitech G910 Orion Spectrum Klawiatura Logitecha to również urządzenie z najwyższej półki, co "widać, słychać i czuć" na każdym kroku. Powierzchnie klawiatury i klawiszy wykonane są z matowego plastiku, który pozwala zapomnieć o odciskach palców.Logitech G910 Orion SpectrumW zestawie również znajdziemy dołączaną podpórkę pod nadgarstek, jednak ta nie jest już tak bardzo "premium" jak podpórka oferowana przez Razera. Jasne, spełnia swoje zadanie, ale jest plastikowa i minimalistyczna oraz nie oferuje tak wysokiego poziomu komfortu jak podpórka Razera.Logitech G910 Orion SpectrumWszystkie klawisze korzystające z autorskich przełączników Logitech Romer-G są podświetlane na dowolny kolor z palety 16.8 mln barw. Podświetlenie do każdego z nich można dostosować indywidualnie z poziomu oprogramowania lub skorzystać z predefiniowanych ustawień dla dowolnego z... 597 tytułów gier.Logitech G910 Orion SpectrumLogitech G910 Orion SpectrumKlawiatura Logitecha zaskakuje rozwiązaniem, które widziałem wcześniej w klawiaturze Roccat Skeltr. Jest nim stacja dokująca Arx Dock, do której wsunąć można smartfona z systemem Android/iOS, który łącząc się bezprzewodowo z urządzeniem służył będzie jako dodatkowy wyświetlacz. Powiem jednak szczerze: nagrywanie makr jest wygodniejsze z poziomu Windowsowej appki, a możliwość wyświetlania statystyk obciążenia komputera to tylko niewiele znaczący "bajer". Gry obsługujące Arx Dock pozwalają natomiast na ekraniku smartfona wyświetlać na przykład statystyki fragów. Smartfona niestety nie można nawet wygodnie ładować, więc długa rozgrywka spowoduje jego rozładowanie.Logitech G910 Orion SpectrumLogitech G910 Orion Spectrum Zwycięzca: Razer

Runda 2: Układ klawiszy, podświetlenie i przełączniki

Jeśli chodzi o układ klawiszy oraz ergonomię użytkowania, to przyznam szczerze, że to klawiatura Logitecha zdobyła moje serce. Stało się tak po pierwsze za sprawą dedykowanych klawiszy multimedialnych, które są po prostu wygodniejsze w użytkowaniu od klawiszy, do aktywacji których wcisnąć należy dodatkowy przycisk funkcyjny. Dodatkowym atutem Logitech G910 Orion Spectrum jest obecność rolki do regulacji głośności, która jest znakiem rozpoznawczym wielu klawiatur gamingowych Logitecha i bardzo miło wspominam korzystanie z niej w modelu membranowym G510S. Nareszcie, klawiatura Logitecha posiada nieco więcej klawiszy makr (9 zamiast 5) i daje dodatkowo możliwość szybkiego przełączania się pomiędzy aż trzema różnymi ich profilami.Logitech G910 Orion SpectrumPodświetlenie również prezentuje się odrobinę lepiej w klawiaturze Logitecha. Światło wydobywa się tu bowiem jedynie spod przełączników oraz ich symboli, co wygląda bardzo estetycznie i wpływa na czytelność klawiszy. W przypadku Razera światło widoczne jest także w przestrzeniach pomiędzy klawiszami, co może nieco mocniej męczyć oczy po zmroku. Oczywiście w tekście znajdują się zdjęcia, na podstawie których sami możecie ocenić, które podświetlenie bardziej trafia w Wasz gust.Logitech G910 Orion SpectrumRazer Blackwidow Chroma V2 14W kwestii przełączników trudno wskazać zwycięzcę, bowiem oba rodzaje autorskich, liniowych przełączników są bardzo uniwersalne. Ich cicha praca i niewielka siła potrzebna do aktywacji zostaną docenione głównie przez graczy (zwłaszcza tych grających w nocy), ale pisząc artykuły nie miałem do nich żadnych zastrzeżeń. Nie klikają oczywiście tak jak Cheryy MX Blue, ale siła potrzebna do aktywacji jest nieco większa od tej, wymaganej do aktywacji na przykład przełączników Yellow od Razera.Logitech G910 Orion SpectrumRazer Blackwidow Chroma V2 14Żywotność pomarańczowych przełączników Razera określana jest na 80 milionów kliknięć, podczas gdy Logitecha - na 70 milionów. Dla porównania, popularne przełączniki Cherry MX cechują się żywotnością ok. 50 milionów kliknięć. Zwycięzca: Logitech #break#

Runda 3: Oprogramowanie

Porównywanie ze sobą oprogramowania towarzyszącego klawiaturom Razera i Logitecha jest zadaniem tak trudnym, jak porównywanie ze sobą dwóch supersamochodów o identycznych osiągach i zbliżonym wyglądzie lub rozstrzygania sporu o wyższości świąt Wielkiej Nocy nad Bożym Narodzeniem. Powiem krótko: obaj producenci to nawet nie Ekstraklasa, a Serie A lub Primera Division w kwestii tworzenia oprogramowania. Uważam, że zarówno Razer Synapse, jak i Oprogramowanie Logitech Gaming Software stanowić powinny wzór dla wielu innych producentów w kwestii mnogości funkcji, przejrzystości interfejsu, dopracowania narzędzia oraz szybkości i stabilności jego działania. Razer Synapse pozwala użytkownikom na wybranie indywidualnego podświetlenia dla każdego klawisza lub zdecydowanie się na predefiniowane ustawienia, których jest tu dosłownie "od groma". Każdemu klawiszowi można przypisać dowolną funkcję, z odtwarzaniem danego makra lub uruchamianiem dowolnego programu na czele. Oczywiście takie ustawienia da się indywidualnie przypisać dla danej gry. Do każdej gry możemy również dostosować dowolny kolor podświetlenia różnych klawiszy. Oczywiście nie mogło zabraknąć map ciepła, wskazujących najczęściej używane klawisze oraz sekcje klawiatury. Razer Synapse pozwala również synchronizować ustawienia w chmurze i uzyskać do nich szybki dostęp na dowolnym komputerze.Razer SynapseRazer SynapseRazer SynapseRazer SynapseRazer SynapseRazer SynapseLogitech Gaming Software umożliwia... no, wszystko, co tylko sobie życzycie. Nagrywać możecie makra dowolnej długości. Możecie programować funkcje dowolnego z 9 przycisków makr oraz przełączać się pomiędzy ustawieniami dla poszczególnych przycisków zapisanych w trzech różnych profilach (M1-M3). Ustawić można także indywidualne podświetlenie RGB dla każdego ze 113 przycisków. Dodatkowo, wszystkie ustawienia można przypisać indywidualnie dla każdej obecnej w systemie gry! Na dokładkę, serwowana jest mapa cieplna kliknięć, obrazująca to, z jakich klawiszy korzystamy najczęściej. Jednym słowem: niczego tutaj nie brakuje.Logitech Gaming Software Logitech Gaming Software Logitech Gaming Software Logitech Gaming Software Logitech Gaming Software Logitech Gaming Software W tej kategorii nie da się wyłonić zwycięzcy. Obaj producenci są bowiem zwycięzcami! Zwycięzca: Remis #break#

Podsumowanie

Mówi się, że nie można mieć ciastka i zjeść ciastka, choć w przypadku rozstrzygania pojedynku klawiatur Razer Blackwidow Chroma V2 oraz Logitech G910 Orion Spectrum chce się skorzystać z mema:W pojedynku ogłaszam remis. Być może klawiatura Razera oferuje wygodniejszą podstawkę pod nadgarstek oraz dodatkowy port USB, ale Logitech nadrabia ergonomią rozmieszczenia klawiszy i nieco schludniejszym podświetleniem. Diabeł tkwi w szczegółach i to od Was zależy, na które z nich postawicie.Razer Blackwidow Chroma V2 vs Logitech G910 Orion SpectrumRazer Blackwidow Chroma V2 vs Logitech G910 Orion SpectrumTrudno mi wyobrazić sobie gracza, który nie doceniłby klawiatur Razer Blackwidow Chroma V2 i Logitech G910 Orion Spectrum. Oferują one bowiem wszystko to, czego oczekuje typowy gracz: świetne, ciche i doskonałe do gier przełączniki, bardzo wysoką jakość wykonania oraz rewelacyjne oprogramowanie z kolosalnymi możliwościami personalizacji klawiatury i z ogromem przydatnych funkcji, którego wielu innych producentów może tylko zazdrościć.Obie klawiatury są dość drogie, ale przywykliśmy chyba wszyscy do tego, że za klawiaturę mechaniczną uznanego producenta trzeba wyłożyć na stół nieco pieniędzy...
Razer Blackwidow Chroma V2
- najwyższa jakość wykonania
- doskonałe oprogramowanie
- świetna praca przełączników
- miękka podpórka pod nadgarstek
- atrakcyjny wygląd
- 5 przycisków makr
- podświetlenie Chroma RGB
- fajny breloczek w zestawie

- brak dedykowanych klawiszy multimedialnych
- tylko jeden port USB
 
Logitech G910 Orion Spectrum
- najwyższa jakość wykonania
- doskonałe oprogramowanie
- świetna praca przełączników Omron Romer-G
- dedykowane przyciski multimedialne
- doskonała rolka regulacji głośności
- podpórka pod nadgarstek
- 9 dedykowanych przycisków makr
- podświetlenie RGB
- atrakcyjny wygląd

- brak portów USB
]]>
Testy Gaming Najbardziej polecane Sat, 26 Aug 2017 14:45:00 +0200
Samsung CHG70 - recenzja monitora z QLED, HDR i FreeSync 2 http://www.conowego.pl/testy/samsung-chg70-recenzja-monitora-z-qled-hdr-i-freesync-2-23592/ QLED, kwantowa kropka, HDR i AMD FreeSync 2 - wszystko to w jednym monitorze. Brzmi kusząco, to...

Specyfikacja Samsung CHG70

Ekran: 31.5" 2560x1440 pikseli, 16:9, zakrzywienie 1800R
Matryca: VA, matowa
Jasność: 350 cd/m2
Częstotliwość odświeżania: 144 Hz
Technologie: QLED, HDR, FreeSync 2
Złącza: 2 x HDMI, 1 x DisplayPort, wyjście słuchawkowe, USB
Regulacja: pivot, obrót (-15 do +15 stopni), pochylenie (-5 do +15 stopni), wysokość 145 mm
VESA: 100x100 mm
Imponujący. To pierwsze słowo, jakie przeszło mi przez myśl, gdy wyciągałem z pudła 31,5-calowy matowy ekran monitora Samsung CHG70. Zastanawiacie się, czy tak duży monitor ma sens? Jasne, że ma. Podobnie jak sens mają telewizory z dużym ekranem. Więcej znaczy lepiej.Samsung CHG70 - recenzjaObudowa monitora wykonana została z solidnego, grafitowego plastiku, podobnie jak podstawa, która charakteryzuje się delikatnym połyskiem i ledwo widocznym szlifem. W monitorze nie dopatrzyłem się oznak złego spasowania poszczególnych elementów. Z resztą, niech materiał wykonania Was nie zwiedzie, bowiem cała konstrukcja jest niezwykle solidna i waży, bagatela, ponad 9.5 kilograma. Jej najsłabszym elementem jest... podstawa.Samsung CHG70 - recenzjaDrogi Samsungu, przeprojektujcie podstawy w Waszych monitorach, bo są fatalne! Charakterystycznym dla podstawy CHG70 jest składane ramie, które wystaje kilkanaście centymetrów do tyłu za monitorem. Za jego sprawą monitora nie da się przysunąć blisko do ściany! Jeśli biurko znajduje się w niewielkiej odległości od ściany, to do monitor wyląduje mniej więcej w połowie długości blatu. Momentami czułem się tak, jakbym korzystał ze starego monitora "z dupą", czyli poczciwego sprzętu kineskopowego. Halo, mamy XXI wiek, nie tędy droga.Samsung CHG70 - recenzjaSamsung CHG70 - recenzjaNa plus podstawy przemawiają natomiast ogromne możliwości regulacji, jakie oferuje. Regulować można w zakresie 145 mm wysokość położenia ekranu, kąt jego pochylenia, ale także obrót. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby panel obrócić do trybu pionowego (treści systemowe dostosują się do perspektywy), ale kto korzystał będzie z zakrzywionego ekranu w ten sposób?Samsung CHG70 - recenzjaSamsung CHG70 - recenzjaCieszy dość duży wachlarz złączy, umieszczonych z tyłu monitora, pod kątem prostym względem blatu biurka. W zestawie z monitorem znajduje się specjalna maskownica, która nie tylko zasłania kable, które dodatkowo można organizować za sprawą specjalnego organizera umieszczonego na ramieniu, ale także zasłania sekcję złączy. Dookoła elementu umożliwiającego obrót ekranu znajduje się podświetlenie. Nie jest to jednak jedynie zbędny gamingowy "bajer". Dzięki subtelnemu oświetleniu w kolorze niebieskim, z monitora przyjemniej korzysta się po zmroku. Światło monitora nie jest wtedy jedynym, które widzimy, gdyż dostrzegamy też odbitą od ściany jasną poświatę. Wpływa to pozytywnie na redukcję zmęczenia oczu. Sprawdziłem, faktycznie działa. ;)Samsung CHG70 - recenzjaPrzed rozpoczęciem użytkowania urządzenia warto zajrzeć do menu ekranowego, która skrywa w sobie całkiem sporo opcji, zaserwowanych w bardzo przystępnej i przejrzystej formie. I tak, wybierać możemy spośród kilku predefiniowanych, naprawdę przemyślanych trybów wyświetlania obrazu. Możemy również zdefiniować i zapamiętać własne ustawienia. Pomiędzy poszczególnymi opcjami przełączamy się za pomocą wygodne w obsłudze dżojstika, znajdującego się z tyłu panelu monitora.Samsung CHG70 - recenzjaSamsung CHG70 - recenzjaSamsung CHG70 - recenzjaAMD Radeon FreeSync 2 eliminuje efekt tearingu w grach, a odświeżanie na poziomie do 144 Hz sprawia, że obraz staje się jeszcze bardziej płynny (o ile oczywiście Wasze komputery generują odpowiednio dużą liczbę klatek na sekundę). Niestety, FreeSync 2… nie działa poniżej 80 Hz. FreeSync 2 to również obsługa standardu HDR (podczas mapowania tonów za obliczenia odpowiada karta graficzna, minimalizując opóźnienie reakcji obrazu) oraz funkcja kompensowania płynności wyświetlania grafiki na komputerach o mniejszej mocy obliczeniowej. FreeSync 2 oferuje dodatkowo dwukrotnie większy zakres dla jasności i kolorów niż standard sRGB. Każdemu graczowi polecam sprawdzenie możliwości monitora tego typu, bo różnica w grach jest kolosalna i o wiele większa niż wydaje się to osobom, które nigdy nie obcowały z odświeżaniem na tak wysokim poziomie. Bajki o tym, że ludzkie oko nie widzi różnicy pomiędzy 30, a 60 klatek na sekundę w grach, pozostawmy niektórym konsolowcom.Samsung CHG70 - recenzjaW menu do pełni szczęścia brakowało mi tylko precyzyjnego ustawienia temperatury barwowej za pomocą wartości wyrażonej w Kelvinach. To jednak detal, bowiem monitor dostarczany jest jako urządzenie skalibrowane - i faktycznie, za pomocą kolorymetru nie byłem w stanie wiele poprawić. Zastosowana w monitorze matowa matryca VA o rozdzielczości 2560x1440 pikseli sprawia, że Samsung CHG70 jest monitorem bardzo wszechstronnym. Nie oferuje ona czasu reakcji na (niskim) poziomie matryc TN, ale cechuje się o wiele lepszym odwzorowaniem kolorów. Mamy tutaj do czynienia dodatkowo z nowymi technologiami Samsunga w postaci kropek kwantowych, które wraz z zestawem filtrów polaryzacyjnych dbają o BARDZO szerokie kąty widzenia, wysoką ostrość obrazu i świetne barwy. Dodatkowo, obraz deklasuje monitory z niższej półki cenowej za sprawą szerokiej rozpiętości tonalnej.Samsung CHG70 - recenzjaObraz HDR i funkcja Local Dimming pozwalają zmaksymalizować kontrast pomiędzy ciemnymi a jasnymi obszarami ekranu, czego efektem są naprawdę niezłe doznania wizualne. Niestety, Samsung zastosował tylko… 8 takich stref, by osiągnąć deklarowany w specyfikacji współczynnik kontrastu 3000:1. Nie oczekujcie z resztą cudów, bowiem HDR rozwija skrzydła dopiero przy jasności ekranu na poziomie wyższym niż 500-600 cd/m2, a optymalnie byłoby dobrze, gdyby wartość ta przekraczała 1000 cd/m2. W przypadku Samsunga CHG70 podświetlenie jest jaśniejsze niż deklarowane przez producenta i sięga 382 cd/m2 w najjaśniejszym punkcie (340 cd/m2 w najciemniejszym), ale to wciąż za mało, aby cieszyć się pełnią możliwości tego, co oferuje technologia HDR. Jest odczuwalnie lepiej, ale nie są to wrażenia na poziomie telewizora za ponad 10 000 złotych. Nikogo to chyba nie dziwi?Samsung CHG70 - recenzjaNajwiększy minus panelu VA? Powiedziałbym, że jest to emisja dość dużych ilości ciepła, co może być mankamentem w upalny dzień.

Podsumowanie

Samsung CHG70 to ciekawa propozycja monitora dla osób, którym zależy na niezłej matrycy, wysokiej częstotliwości odświeżenia przydatnej w grach, zakrzywionym ekranie oraz dużym panelu o relatywnie wysokiej rozdzielczości (2560x1440 pikseli). Jakość obrazu w grach i filmach prezentuje się faktycznie zauważalnie lepiej, niż w monitorach z niższej półki cenowej, ale HDR tylko po części "robi robotę". Pomimo tego, że charakterystyka obrazu jest lepsza niż w przypadku obrazu SDR, to wiele jeszcze czasu musi upłynąć, zanim treści HDR na komputerach zostaną dopracowane na poziomie oprogramowania, na przykład przez twórców gier. Jako największą wadę testowanego monitora wskazałbym podstawę, która mimo tego, że oferuje szerokie możliwości regulacji, to wymusza bardzo mocne odsunięcie monitora od ściany. Rozczarowujące jest również to, że AMD FreeSync 2 nie działa przy częstotliwości odświeżania niższej niż 80 Hz, ale jest to raczej wina technologii, a nie monitora. No i cena... 699 dolarów na zachodzie oznaczać będzie zapewne sporo powyżej 3000 złotych w Polsce.
Mocne strony: Słabe strony:
-----
- dobrej jakości matowa matryca VA
- równomierne podświetlenie ekranu
- dużo predefiniowanych trybów pracy
- jasność panelu wyższa niż deklarowana
- dokładna fabryczna kalibracja monitora
- AMD FreeSync 2
- odświeżanie 144 Hz
- duży ekran = duża frajda z rozgrywki
- wysoki kontrast
- HDR i Local Dimming poprawiają wrażenia z użytkowania

- niepraktyczna podstawa
- tylko 8 stref ciemnych
- wysoka cena
samsung CHG70]]>
Testy Najbardziej polecane Gaming Mon, 21 Aug 2017 13:20:00 +0200
Mamibot PREVAC650 oraz PET VAC – recenzja hybrydowych robotów sprzątających http://www.conowego.pl/testy/mamibot-prevac650-oraz-pet-vac-recenzja-hybrydowych-robotow-sprzatajacych-23553/ Przez ostatnie tygodnie mogliśmy doświadczyć przyjemności testowania dwóch automatycznych robotów... Mamibot PET VAC Test rozpoczynamy od tańszego hybrydowego robota sprzątającego amerykańskiej marki. Model PET VAC jest urządzeniem wszechstronnym, posiadającym możliwość nie tylko odkurzania, ale także mopowania podłogi na mokro. Pomimo tego, że nie posiada on tak wielu funkcji, którymi pochwalić się może na przykład droższy model PREVAC, w swojej głównej roli radzi sobie naprawdę bardzo dobrze. Budowa i obsługa Zacznijmy od tego, jak prezentuje się urządzenie. Obudowa robota została wykonana z białego tworzywa sztucznego z niektórymi elementami w kolorze czarnym. Na górnej powierzchni robota znajdziemy otwieraną klapkę, która stanowi dostęp do zbiornika na kurz. Z przodu obudowy został zlokalizowany wykończony gumowym tworzywem zderzak, który ma zapobiegać sytuacjom, w którym robot mógłby uszkodzić jakikolwiek element wyposażenia domu. Dzięki niemu nawet w momencie zderzenia na przykład z nogą stołu cała energia jest pochłaniana przez urządzenie.  Cała dolna powierzchnia PET VAC, która spotyka się z zabrudzeniami została wykonana już z czarnego tworzywa sztucznego, co jest zrozumiałe. Na spodzie znajdują się dwie szczotki obrotowe, a także umieszczona centralnie szczotka zasysająca zabrudzenia do zbiornika. Ten element możemy wymienić na zwykły otwór zasysający niewyposażony w szczotki. W tylnej części obudowy znajdziemy otwory, które służą do montażu mopa i ze zbiornikiem na wodę.Obsługa PET VAC jest naprawdę prosta. Opanowanie sposobu, w jaki możemy kontrolować urządzenie i planować jego przyszłą pracę zajmuje tylko chwilę – warto natomiast poświęcić troszkę więcej czasu na przeczytanie instrukcji. Z niej dowiemy się, że obszary, w których pracować ma robot wymagają wcześniejszego przygotowania. Na podłodze nie powinny się bowiem znajdować żadne wolne przewody, końcówki długich zasłon, czy też materiały łatwopalne. Do kontrolowania urządzenia możemy użyć dołączonego do zestawu pilota, a także pięciu przycisków, które zostały umieszczone na obudowie. Czyszczenie w praktyce Mamibot PET VAC może pracować w czterech różnych trybach – czyszczenia punktowego, czyszczenia krawędzi, czyszczenia zygzakowatego, a tego czyszczenia automatycznego. Każda z tych funkcji sprawdzi się najlepiej w zależności od sytuacji, w jakiej chcemy go wykorzystać. Jeśli nie chcemy w szybki sposób wyczyścić jednego miejsca w swoim domu (kiedy najlepiej sprawdzi się tryb pracy punktowej) warto skorzystać z trybu automatycznego. W czasie gdy jest on aktywny, urządzenie samo będzie przełączało się pomiędzy wszystkimi trybami pracy, tak aby posprzątać dokładnie cały obszar, w którym ma możliwość pracowania. Do sprzątania PET VAC wykorzystuje zestaw szczotek: dwie z nich, umieszczone z przodu urządzenia mają za zadanie zgarniać zabrudzenia z podłogi do środka urządzenia. Zebrane elementy trafiają następnie do szczotki głównej (lub też zwyczajnego otworu ssącego), skąd są zasysane do zbiornika na brud. Dzięki odpowiedniemu ustawieniu szczotek obrotowych odkurzacz jest w stanie dotrzeć do narożników pokoju i innych trudnodostępnych miejsc, pomimo tego, że ma okrągły kształt. Znamy już teorię -  pora przejść do praktyki. Jak robot sprawdza się w codziennym trudzie czyszczenia domu? Odpowiedź brzmi - zaskakująco dobrze. Urządzenie czyści dokładnie większość miejsc w pokoju, w jakim się znajduje. Algorytmy nawigacyjne zdają się działać tak, jak życzyłby sobie tego każdy posiadacz tego urządzenia. Poruszając się ruchami zygzakowatymi robot czyści powierzchnie twarde, a także dywany krok po kroku. Gdy wykryje przeszkodę na swojej drodze za pomocą specjalnych czujników, Mamibot zatrzymuje się, zawraca i pokonuje kolejne metry czyszcząc powierzchnię pod sobą. Kierunek poruszania się jest ustalany przez algorytmy sterujące pracą robota – gdy urządzenie wykryje otwartą przestrzeń przed sobą, przyspiesza, aby czyszczenie powierzchni było jeszcze krótsze. Działając w trybie automatycznym PET VAC czyści nie tylko otwarte  przestrzenie, ale także krawędzie pokoju, czy też obszary w bezpośrednim otoczeniu mebli. Gdy odkurzacz wykryje ścianę, będzie podążał jej śladem w celu wyczyszczenia każdego miejsca w pomieszczeniu.Mamibot PET VAC nie jest jednak urządzeniem idealnym. W czasie testów parokrotnie wydarzyła się sytuacja, w której robot z jakiegoś powodu ominął niektóre fragmenty pomieszczenia. Pomimo tego, że dostęp do tych powierzchni był utrudniony (niewielkie przejście, skomplikowany kształt otaczających przeszkód) to robot powinien był wtedy także wyczyścić te miejsca. Taka sytuacja nie zdarzała się często, a za każdym kolejnym razem urządzenie dotarło już do powierzchni, które wcześniej zostały pominięte. Jak widać, urządzenie uczy się na błędach. Warto także odnotować fakt, że robot może nie zawsze poradzić sobie z czyszczeniem wysokich dywanów z długim włosiem. Czasem krawędź takiego elementu wystroju wnętrza może zostać zidentyfikowana jako ściana – w takim wypadku robot ominie tę powierzchnię. Czy można to uznać za wadę? Myślę, że nie do końca – producent informuje w instrukcji, że taka sytuacja może się wydarzyć, więc nie możemy oczekiwać, że robot będzie działał inaczej, niż został zaprojektowany. Urządzenie bardzo dobrze radzi sobie nie tylko z zabrudzeniami takimi jak sierść zwierząt, czy elementy sypkie, ale także z plamami płynów rozlanych na podłodze. Aby w dokładny sposób wyczyścić takie zabrudzenie warto skorzystać z elementu, który czyni robota „hybrydowym”. Mowa o nakładce ze zbiornikiem na wodę i mopem. Mocowany z tyłu robota zbiornik o pojemności 80 ml stopniowo nawadnia dołączoną ścierkę, a ta dokładnie myje powierzchnię czyszczoną wcześniej przez szczotki. W mojej opinii wydzielana ilość wody zawsze była idealna – podłoga była zawsze dokładnie umyta i nie wyglądała tak, jak gdyby ktoś wylał na nią szklankę z wodą.Radzenie sobie z zabrudzeniami w domu przez opisywanego Mamibota nie pozwala użytkownikowi na bycie  niezadowolonym. Robot radzi sobie praktycznie z każdym zabrudzeniem (jeśli nie po pierwszym „przejechaniu”, to w kolejnych już tak), a dokładność czyszczenia jest praktycznie taka sama, jak gdybym wykonywał tę pracę sam. Jednym elementem, w którym producent mógłby poprawić urządzenie jest głośność jego pracy. Gdyby była o zaledwie parę decybeli niższa, robot mógłby działać zupełnie niezauważony. >>> Ciąg dalszy recenzji na następnej stronie #break# Dodatkowe funkcje Mamibot PET VAC został wyposażony w wiele czujników i akcesoriów, o których z pewnością warto wspomnieć, bo stanowią one o jakości urządzenia. Jednym z takich elementów jest tzw. wirtualna ściana. Dzięki niewielkiemu pudełku zasilanemu bateriami możemy stworzyć wirtualną barierę dla robota, dzięki której ograniczymy pole jego pracy. Element ten przyda się szczególnie wtedy, gdy chcemy ograniczyć zakres czyszczenia na przykład do kuchni, która jest bezpośrednio połączona z salonem i nie posiada drzwi dzielących powierzchnie. Kolejnym elementem robota jest tzw. czujnik przeciwupadkowy, który ma za zadanie dbać o bezpieczeństwo maszyny. Choć producent zaleca w instrukcji nie narażać urządzenia na pracę w miejscach, z których mógłby łatwo spaść to dzięki opisywanemu czujnikowi robot nie spadnie ze schodów w czasie trwania czyszczenia. W chwili gdy przed maszyną skończy się powierzchnia, Mamibot zawróci i będzie kontynuował pracę w innym miejscu. Bardzo przydatna funkcją jest także możliwość zaplanowania pracy urządzenia na konkretną godzinę. Dzięki tzw. timerowi w łatwy sposób  określimy, kiedy urządzenie ma samodzielnie rozpocząć i zakończyć sprzątanie. W ten sposób dbanie o czystość podłóg będzie całkowicie automatyczne – nie będziemy musieli nawet martwić się o włączanie robota. Ustawianie odpowiedniej godziny odbywa się za pomocą przycisków zlokalizowanych na obudowie Mamibota.Bardzo ważnym elementem robota, mającym wpływ na zdrowie użytkowników jest obecność filtru HEPA wewnątrz urządzenia. Dzięki niemu powietrze wydostające się z maszyny jest oczyszczane, a wszystkie zanieczyszczenia, które mogą dostać się do naszych płuc pozostają wewnątrz pojemnika na zabrudzenia. Konserwacja Czyszczenie urządzenia po sprzątaniu dużej powierzchni jest bardzo proste. Dostęp do zbiornika na kurz nie mógł zostać zaprojektowany w wygodniejszy sposób. Warto zaznaczyć, że zbiornik może być myty także przy użyciu wody. Częstotliwość czyszczenia zbiornika nie musi być bardzo duża, ponieważ jego pojemność wynosi 500 mililitrów. W zestawie razem z urządzeniem znajdziemy m. in. zapasowy filtr HEPA, a także dwie szczotki frontowe. Wymiana tych elementów nie powinna sprawić nikomu żadnego kłopotu. Czas pracy i ładowanie Mamibot PET VAC jest w stanie pracować na jednym cyklu ładowania przez około dwie godziny. Czas ten może się zmieniać w zależności od uciążliwości niektórych zabrudzeń i wyglądu powierzchni oczyszczanej przez robota. Ładowanie urządzenie odbywa się za pomocą specjalnej stacji dokującej, do której robot może dotrzeć sam. Taki „bajer” jest już teraz standardem wśród automatycznych robotów sprzątających, ale i tak zrobił na mnie bardzo duże wrażenie. Gdy akumulator o pojemności 2200 mAh powoli się wyczerpuje, robot automatycznie przerywa pracę i rozpoczyna poszukiwanie stacji dokującej. Po jej znalezieniu rozpoczyna się ładowanie, które trwa standardowo około cztery godziny. Podsumowanie Mamibot PET VAC to urządzenie stworzone dla osób, które poszukują automatycznego robota o rozbudowanych możliwościach sprzątania (na sucho i na mokro), który nie kosztuje fortuny. Cena 1177 złotych, w której jest oferowany nie należy oczywiście do najniższych, w jakich możemy zakupić tego typu robota, jednak model ten nie dostarcza jedynie podstawowych funkcji, w przeciwieństwie do najtańszych konkurentów. Robot spisał się bardzo dobrze we wszystkich testach, jakie przeprowadziłem. I choć nie jest urządzeniem idealnym, bo nie dociera on do wszystkich zakamarków domu, zdecydowanie wart jest pieniędzy, jakie trzeba na niego wydać.
Mocne strony:
Słabe strony:
- dokładne sprzątanie
- możliwość mopowania podłogi
- bardzo prosta obsługa
- automatyczne ładowanie
- łatwość czyszczenia zbiorników
- zabezpieczenie przed spadaniem
- kłopoty z czyszczeniem wysokich dywanów
- głośna praca
>>> Na następnej stronie: recenzja robota Mamibot PREVAC650 #break# Mamibot PREVAC650 Kolejny model amerykańskiego producenta, który dotarł do naszej redakcji to PREVAC650. Urządzenie to jest nowsze, mniejsze, lepiej wyposażone, choć oczywiście droższe od swojego bliźniaczego konkurenta. Z pewnością przypadnie ono do gustu osobom, które uwielbiają nowinki techniczne i gustują w minimalistycznym wzornictwie. Zobaczmy, jak PREVAC spisuje się na co dzień. Budowa i obsługa Podobnie jak w przypadku opisywanego wcześniej robota, model PREVAC został wykonany praktycznie w całości z tworzywa sztucznego. Tym razem producent zdecydował się jednak na znacznie bardziej nowoczesny design – górna powierzchnia obudowy jest całkowicie płaska- znajdziemy na niej jedynie przyciski dotykowe i wkomponowany wyświetlacz. Co ciekawe, kupujący będą mogli wybrać odkurzacz w odpowiadającym im kolorze – złotym, srebrnym, niebieskim, czarnym, zielonym lub czerwonym. My otrzymaliśmy model w kolorze złotym i trzeba przyznać, że wygląda on znakomicie. Boczne części obudowy są białe. Przednią część urządzenia stanowi zderzak wykończony taśmą z gumowego tworzywa. Podobnie jak w przypadku tańszego modelu, ma on za zadanie nie dopuścić do żadnych uszkodzeń w otoczeniu wyrządzonych przez maszynę. Tutaj znajduje się także cały zestaw czujników, dzięki którym urządzenie rozpoznaje otaczającą je przestrzeń.Gdy odwrócimy urządzenie do góry nogami naszym oczom ukaże się już znacznie bardziej rozbudowany system sprzątający. Już na pierwszy rzut oka możemy zobaczyć, że mamy do czynienia z nowoczesną konstrukcją. Wszystkie elementy urządzenia zostały stworzone modułowo, aby w każdej chwili móc wymienić każdą z części bez konieczności rozkręcania całego urządzenia. Z przodu zlokalizowane zostały dwie obrotowe szczotki, które zgarniają wszystkie zabrudzenia do centralnej części urządzenia. Tam znajduje się już moduł ssący wyposażony w dwie szczotki –pierwszą wykonaną z plastikowego włosia, i drugą wykonaną z gumowych łopatek. Dzięki takiemu zestawowi pochłanianie zabrudzeń jest naprawdę efektywne. W tylnej części urządzenia znajduje się wymienny moduł sprzątający. W zestawie użytkownik otrzymuje dwa – moduł odkurzający z silnikiem oraz moduł odkurzający ze zbiornikiem na wodę. Obsługa modelu PREVAC650 jest równie prosta, jak w przypadku wcześniej opisywanego robota. Do obsługi zadań służą trzy przyciski zlokalizowane na wierzchniej części urządzenia. Kontrolować robota możemy także za pomocą dołączonego do zestawu pilota. Istnieje także jeszcze jeden sposób na kontrolę tego Mamibota – model został bowiem wyposażony w moduł Wi-Fi. Dzięki niemu sterować robotem możemy za pomocą smartfona poprzez dedykowaną aplikację. Konfiguracja połączenia jest niewyobrażalnie prosta i nie wymaga od użytkownika żadnej wiedzy technicznej – wszystko dosłownie dzieje się samo. Jest ona łatwiejsza niż parowanie głośnika czy też smartwatcha z telefonem. Jednym mankamentem, jaki ewidentnie trzeba  wypunktować jest fakt, że poprzez swój nowoczesny design urządzenie wyświetla bardzo niewyraźne literki na swoim wyświetlaczu w chwili, gdy robot oświetlany jest silnym światłem słonecznym. Na co dzień problem jednak nie daje się we znaki, ponieważ sytuacja ta występuje tylko wcześnie rano lub popołudniami, gdy urządzenie znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie okien. Czyścimy! Oprogramowanie robota PREVAC650 zostało zbudowane w bardzo podobny sposób do tego, jakie znajdziemy w modelu PET VAC. Oznacza to, że tutaj do dyspozycji użytkownika zostały oddane także te same cztery tryby pracy – czyszczenie punktowe, krawędziowe, zygzakowate i automatyczne. Poprzez większą liczbę czujników i inny system nawigacji PREVAC wydaje się być jednak bardziej dokładny i skuteczny w działaniu, niż swój tańszy odpowiednik. Podobnie skonstruowany został sam system zasysania zabrudzeń z podłogi – dwie przednie szczotki mają za zadanie wyłapywać z okolicy nieczystości, a te mają zostać następnie wciągnięte do zbiornika o sporej pojemności, bo wynoszącej aż 600 ml. Przy otworze wciągającym nieczystości współpracują dwie szczotki obracające się w przeciwnym kierunku, dzięki czemu większość zabrudzeń jest w całości wciągana już w czasie pierwszego „przejechania” po brudnej powierzchni.Po pierwszym przetestowaniu modelu PET VAC, będąc zaskoczonym jak dobrze radzi sobie z zabrudzeniami różnego typu, na powierzchniach o zupełnie różnej specyfice byłem bardzo ciekawy, jak poradzi sobie model droższy. I tutaj kolejny raz się nie zawiodłem. PREVAC650 pochłania wszystkie zabrudzenia bez żadnego problemu, a w swoim działaniu jest bardzo dokładny. Algorytmy zastosowane w tym robocie zapewniają czyszczenie praktycznie całej powierzchni pomieszczenia bez zostawiania żadnych „czarnych plam”, które robot miałby z jakiegoś powodu opuścić. Duża skuteczność czyszczenia wynika między innymi z faktu, że model ten korzysta z żyroskopu do poruszania się. Dzięki niemu w trybie automatycznym i zygzakowatym nie zawsze przemieszcza się po sztywnych, prostych liniach, a dobiera takie ścieżki, by móc jak najdokładniej oczyścić powierzchnie, które wymagają większej troski. Na uwagę zasługuje także system jezdny zastosowany w modelu PREVAC. Robot porusza się za pomocą dwóch kół bocznych oraz jednego, centralnie położonego skrętnego koła. Zastosowano tutaj system pokonywania przeszkód, który został zaimplementowany w kołach bocznych. W momencie gdy robot napotka na jakąś przeszkodę, w niektórych sytuacjach będzie próbował ją obejść podnosząc swoje zawieszenie. Dzięki temu szalenie efektywnemu rozwiązaniu, w czasie testów robot dostał się nawet tam, gdzie normalnie nie miałby na to szans poprzez swoje wymiary. Urządzenie zostało skonstruowane tak, by nie uszkodzić żadnych mebli i innych elementów znajdujących się w pomieszczeniu. W momencie gdy zbliża się ono do przeszkody, robot hamuje i odwraca się szukając innej drogi. W sytuacji gdy jednak dojdzie do kontaktu (częstego w trybie czyszczenia krawędzi pomieszczenia) do akcji wkracza zderzak zapobiegający powstawaniu zniszczeń.Mamibot PREVAC650 nie ustrzegł się jednak wpadek, które są chlebem powszednim dla wielu innych robotów sprzątających. Podobnie jak model PET VAC, robot miewał problemy z czyszczeniem wysokich dywanów z bardzo długim włosiem, błędnie klasyfikując je jako ściany. W niektórych momentach zdarzało mu się omijać także niewielkie zaułki, do których powinien był dotrzeć nawet pomimo utrudnionego dostępu. Za każdym razem robot jednak poprawiał się, docierając do miejsc poprzednio pominiętych w kolejnych „sesjach” sprzątania. Tak samo jak tańszy model, opisywana maszyna jest robotem hybrydowym. Funkcja mopowania podłogi została tym razem rozwiązana inaczej – zamiast nakładki umieszczanej na obudowie urządzenia (jak w przypadku modelu PET VAC), moduł mopujący zastępuje tutaj moduł odkurzacza. Trudno powiedzieć, które rozwiązanie jest wygodniejsze. Zdecydowanie natomiast to zastosowane w modelu PREVAC650 jest bardziej efektywne. Zbiornik na wodę posiada bowiem większą pojemność - 330 mililitrów, przez co jej uzupełnianie nie jest uciążliwe. W myciu plam i cięższych do usunięcia zabrudzeń znajdujących się na podłodze PREVAC radzi sobie równie dobrze, co z odkurzaniem. Powoli uwalniana woda jest równomiernie rozprowadzana po powierzchni i nigdy nie jest jej zbyt dużo. >>> Ciąg dalszy recenzji na następnej stronie #break# Dodatkowe funkcje Obsługa urządzenia poprzez smartfona to nie jedyny ciekawy element robota PREVAC650, który wyróżnia go spośród innych robotów sprzątających. Bardzo ciekawym rozwiązaniem jest funkcjo Full Go, która pozwala na jeszcze bardziej efektywne wykorzystanie możliwości maszyny. Kiedy opcja ta zostanie aktywowana przez użytkownika, urządzenie będzie mogło przeprowadzać czyszczenie dwa razy dziennie, w zaplanowanych godzinach. Urządzenie posiada bowiem także standardową funkcję harmonogramu czasu pracy. W trakcie aktywnej funkcji Full Go robot posprząta mieszkanie, wróci do stacji dokującej w celu naładowania akumulatora, a następnie powróci do sprzątania. Dzięki temu dom będzie mógł być zawsze czysty. Podobnie jak model tańszy, PREVAC jest wyposażony w bardzo dużą garść czujników. Jednym z nich jest system sensorów przeciwupadkowych, które zapobiegną przypadkowemu spadnięciu urządzenia z wysokości w czasie przeprowadzania sprzątania. Kolejną funkcja, która łączy obydwa urządzenia jest możliwość wyznaczenia tzw. wirtualnych ścian ograniczających pole pracy robota. W tym wypadku zdecydowano się jednak na nieco inną realizację. Razem z robotem dostaniemy w zestawie dwumetrową taśmę elektromagnetyczną, która jest wykrywana przez maszynę jako linia, której nie można przekroczyć. Wydaje mi się, że to rozwiązanie jest wygodniejsze, niż to zastosowane w modelu PET VAC.Urządzenie posiada także skomplikowany system filtrowania powietrza, które jest wypuszczane po wciągnięciu do środka zanieczyszczeń. W tym przypadku za odpowiednie oczyszczenie powietrza odpowiada zestaw aż trzech filtrów. Dzięki nim użytkownicy mogą przestać martwić się o swoje zdrowie w obecności robota. Konserwacja Dzięki swojej modułowej budowie czyszczenie urządzenia i ewentualna wymiana niektórych elementów jest bardzo prosta. Praktycznie każdy z pojemników można w łatwy sposób opróżnić, a nawet wypłukać, w chwili gdy będzie on już bardzo zabrudzony. Jedynym zbiornikiem, do czyszczenia którego nie wolno używać wody jest główny zbiornik kurzu w module odkurzającym. W jego środku znajdziemy bowiem silnik. W skład zestawu wchodzą dwie zapasowe szczotki obrotowe, dodatkowa ściereczka do mopowania, a także zapasowy filtr oczyszczający powietrze. Wymiana każdego z tych elementów jest bardzo prosta. Czas pracy i ładowanie Standardowy czas pracy urządzenia Mamibot wynosi około 120 minut. Na tę wartość wpływa jednak wiele czynników: m. in. rodzaj podłoża, intensywność pracy, ale także to, czy urządzenie jest stale połączone z Internetem. Ładowanie odbywa się za pomocą stacji dokującej, do której robot jest w stanie sam znaleźć drogę. Nie musimy się zatem martwić o to, że robot się rozładuje. Pełne naładowanie akumulatora trwa zazwyczaj około trzech godzin. Podsumowanie Mamibot PREVAC650 jest dopracowanym robotem, oferującym bardzo duże możliwości sprzątania przy minimalnej konieczności obsługi urządzenia. Na pochwałę zasługuje nie tylko szybkość konfiguracji i codziennej obsługi maszyny, ale przede wszystkim efektywność pozbywania się przez nią zabrudzeń z podłóg o różnej powierzchni. Nawet pomimo tego, że nie jest ona w stanie poradzić sobie z każdego rodzaju dywanami, moje odczucia związane z jej pracą są szalenie pozytywne. Wrażenie to nie znika także wtedy, gdy popatrzymy na cenę, w jakiej oferowany jest ten robot. Obecnie jego cena wynosi 1477 złotych, co jest kwotą znacznie niższą od cen konkurencyjnych urządzeń oferujących podobne możliwości sprzątania. Wydaje się, że Mamibot dostarcza na polski rynek urządzenia o bardzo dużych możliwościach, przy zachowaniu zdroworozsądkowych cen.
Mocne strony:
Słabe strony:
- bardzo dokładne sprzątanie
- możliwość mopowania podłogi
- inteligentna nawigacja za pomocą żyroskopu
- bardzo prosta obsługa
- możliwość kontroli poprzez smartfona
- duża pojemność zbiorników
- zabezpieczenie przed spadaniem
- automatyczne ładowanie
- oryginalny design w wielu kolorach
- kłopoty z czyszczeniem wysokich dywanów
- nieczytelny wyświetlacz w ostrym świetle
Na sam koniec testu, muszę przyznać, że początkowo byłem sceptycznie nastawiony do tego typu robotów sprzątających. Przekonałem się jednak, że nawet w tej półce cenowej można dostać urządzenia o bardzo efektywnym sposobie sprzątania, dorównującym na wielu polach temu, co można osiągnąć przy pomocy tradycyjnych, ręcznych odkurzaczy. Jeśli ktoś zapytałby mnie dziś, czy warto już teraz przesiąść się ze swojego starego odkurzacza na nowoczesnego robota automatycznego, odpowiedziałbym bez chwili zawahania: warto! Jeśli zatem będziecie szukali podobnego urządzenia dla siebie, zdecydowanie polecam przyjrzeć się dwójce testowanych robotów, bo prezentują one bardzo dobry stosunek jakości do ceny.]]>
Testy Najbardziej polecane Fri, 18 Aug 2017 14:18:00 +0200
Recenzja Vernee Mars Pro - "flagowca" za niecałe 800 złotych http://www.conowego.pl/testy/recenzja-vernee-mars-pro-flagowca-za-niecale-800-zlotych-23450/ W czerwcu informowaliśmy Was o premierze smartfonu Vernee Mars Pro, którego twórcy przekonywali, że... Specyfikacja Vernee Mars Pro:

Ekran: 5.5" JDI LCD 2.5, 1080x1920 pikseli
Procesor: MediaTek Helio P25 (8x 2.5 GHz)
RAM: 6 GB
Pamięć: 64 GB
Micro SD: TAK
Dual SIM: TAK - Micro SIM + Nano SIM (hybrydowy)
Akumulator: 3500 mAh (szybkie ładowanie (9V/2A)
System: Android 7.0
Cena: 213.99 dolarów (ok. 770 złotych bez VAT)


Krótki rzut oka na specyfikację sprzętową wystarczy, aby stwierdzić, że specyfikacja jest naprawdę niezła jak na smartfona sprzedawanego w tej cenie, ale wcale nie jest ona godna flagowca. Owszem, 6 GB RAMu to imponująca ilość w tak tanim urządzeniu, ale we flagowcu widzielibyśmy raczej MediaTeka Helio X30, a nie P25, spotykanego w urządzeniach ze średniej półki. Tak czy inaczej, w tej cenie, nie ma się do czego przyczepić, a wręcz przeciwnie.Recenzja Vernee Mars Pro W zestawie ze smartfonem Vernee Mars Pro znajduje się także, co zaskakujące, szybkoładowarka 9V/2A, która pozwala naładować baterię Vernee Mars Pro w niskim czasie zaledwie 1 godziny i 40 minut. Technologia szybkiego ładowania w tak tanim smartfonie to rzadkość. Na ekranie smartfonu znajduje się także niskiej jakości folia ochronna, na której rysy pojawiają się chyba od samego patrzenia na nią. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby ją wymienić.Recenzja Vernee Mars Pro Wygląd Vernee Mars Pro jest naprawdę imponujący. W cenie 770 złotych otrzymujemy smartfona zamkniętego w obudowie wykonanej w całości z metalu, w przypadku testowanego egzemplarza polakierowanego na czarny kolor. W górnej i dolnej części tylnego panelu poprowadzono estetyczne linie anten, na wzór tych z iPhone'a 7, OnePlus 5 oraz Honora 9.Recenzja Vernee Mars Pro Aparat o rozdzielczości 13 Mpix umieszczono w lewym górnym rogu tylnego panelu, w asyście dwutonowej diody doświetlającej. Obiektyw niestety dość mocno wystaje poza krawędź obudowy, podobnie jak ma to miejsce w rzeczonych OnePlus 5 oraz iPhone 7.Recenzja Vernee Mars Pro Trzy fizyczne, wykonane z dobrej jakości metalu przyciski umieszczone zostały z prawej strony ramki otaczającej ekran. Ich jakość wykonania zasługuje na pochwałę - przyciski dobrze klikają, nie posiadają najmniejszych luzów i nie wydają z siebie dźwięku "grzechotania", tak często spotykanego wśród nawet droższych urządzeń.Recenzja Vernee Mars Pro Tuż pod przyciskami zasilania i regulacji głośności, znajduje się czytnik linii papilarnych, podobny do tego, który spotkamy w nowych smartfonach marki Sony. Przyznam, że takie położenie czytnika jest chyba najbardziej optymalnym - gdy obejmujemy smartfon jedną (prawą) ręką, kciuk wędruje odruchowo dokładnie w miejsce jego położenia. Czytnik działa naprawdę dobrze, choć nieco wolniej niż w smartfonach Honor i Huawei, które wydają się być niedoścignione w tej kwestii.Recenzja Vernee Mars Pro Z przodu urządzenia znajdziemy 5,5-calowy ekran 2.5D, pokryty chroniącym przed zarysowaniami szkłem Gorilla Glass 3. Rozdzielczość 1080x1920 pikseli to z pewnością miłe zaskoczenie w tej półce cenowej. Jasność ekranu JDI LCD wynosi mniej więcej 483 cd/m2, co jest wynikiem dobrym, ale jego czytelność w intensywnym słońcu pozostawia nieco do życzenia. Na plus przemawiają dobre kąty widzenia.Recenzja Vernee Mars Pro Nad ekranem znajduje się obiektyw kamery o rozdzielczość 5 Mpix, w asyście głośnika do rozmów. Pod ekranem zabrakło przycisków wirtualnych, które wyświetlane są w jego obrębie. Port USB Typu C umieszczony został w asyście pojedynczego głośniczka multimedialnego. Producent nie zapomniał o gnieździe audio jack 3.5 mm, umieszczonym w górnej części ramki.Recenzja Vernee Mars Pro Vernee Mars Pro jest jednym z ładniejszych smartfonów sprzedawanych w cenie do około 1000 złotych, a jakość jego wykonania mogłaby stanowić wzór dla wielu urządzeń tworzonych przez producentów o wiele większej renomie. #break#

Multimedia i wydajność

Vernee Mars Pro pracuje pod kontrolą systemu Android w wersji 7.0 z w zasadzie niewidoczną nakładką VOS, która dodaje kilka opcji systemowych. Android 7.0 w wydaniu Vernee niemal pozbawiony jest jakichkolwiek nadprogramowych aplikacji. Jako jedyne takie narzędzie należy wskazać klawiaturę TouchPal, która w Mars Pro zastępuje domyślną klawiaturę Google. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby ją odinstalować. Wygląd systemu jest niemal identyczny jak w smartfonach Lenovo i Motorola. Miłym dodatkiem jest Radio FM, które coraz rzadziej spotykane jest w smartfonach.


Ingerencja firmy Vernee w system ograniczyła się do dodania w menu ustawień sekcji o angielskobrzmiącej nazwie Smart Assistance, która niestety nie została przetłumaczona na język polski. Mamy tu do dyspozycji skromne menu kontroli urządzenia za pomocą gestów (dosłownie dwa gesty), inteligentnej pomocy (jedna opcja, zapobiegająca przypadkowej aktywacji ekranu w kieszeni), konfiguracji przycisków fizycznych oraz zmiany kolejności przycisków ekranowych i zmiany kolejności przycisków na pasku stanu.

System działa dokładnie tak, jak powinien działać system w urządzeniu wyposażonym w 6 GB pamięci RAM - płynnie. W pamięci podręcznej można przechowywać naprawdę wiele aplikacji, by potem błyskawicznie je uruchamiać. Wszystkie zadania wymagające dużej ilości pamięci RAM realizowane są bardzo sprawnie. W wymagających grach 3D czuć czasem, że korzystamy z procesora MediaTek P25 z dość przestarzałym już układem graficznym Mali T880, ale w tej cenie trudno wymagać czegokolwiek więcej. Ogólna wydajność jest bardzo dobra, zważywszy na cenę urządzenia. Vernee Mars Pro uzyskuje w benchmarku AnTuTu wynik ok. 63 900 punktów, co jest wynikiem znacznie lepszym od osiąganych przez flagowe smartfony sprzed 3 lat, wyposażone w układy Snapdragon 801.

Jakość dźwięku płynąca z pojedynczego głośniczka multimedialnego pozostawia nieco do życzenia. Głośność jest satysfakcjonująco wysoka, ale zaskakująco często głośnik przesteruje - niekoniecznie wtedy, gdy przesuwamy suwak głośności w kierunku maksymalnej wartości skali. Brakuje mocno tonów niskich, a tony wysokie są zbyt wyraźnie zaznaczone. Jednym słowem: jest podobnie jak w w większości innych smartfonów z tej półki cenowej. Dźwięk na wyjściu słuchawkowym stoi na dobrym poziomie, jest szczegółowy, a tony są nieźle separowane. Wady? Jest nieco zbyt cicho.Recenzja Vernee Mars ProOptymalnym jest, by smartfony w Polsce pracowały na częstotliwościach LTE B1, B3, B7, B20 i B38. Vernee Mars Pro oferuje łączność B1, B3, B7, B8 i B20. Zauważyłem, że podróżując dużo po Polsce gdzieniegdzie miałem problemy z odbiorem sygnału LTE i smartfon pracował w trybie 3G. #break#

Aparat

Aparat to bez wątpienia pięta achillesowa smartfonu Vernee Mars Pro. Dawno już nie widziałem kamerki, która tak kiepsko radziłaby sobie ze zdjęciami w dobrych warunkach oświetleniowych. Brakuje tutaj szczegółowości i odpowiedniego kontrastu, a kolory są sprane. Autofokus działa przeciętnie, zdjęcia często są "przepalone" a ogólna wydajność kamerki można ocenić mianem "marnej". Jeszcze gorszy wydaje się aparat przedni, który ze względu na brak AF niesamowicie mydli i w większości przypadków jest po prostu bezużyteczny. Jeśli szukacie smartfonu, którym wykonacie co najmniej poprawne fotografie, to Vernee Mars Pro nie jest dla Was. Efekty sesji zobaczcie i oceńcie sami.Bateria Wyposażony w baterię o pojemności 3500 mAh Vernee Mars Pro oferuje ponadprzeciętny czas pracy na baterii. Uwagę zwraca zwłaszcza bardzo długi screen on time, czyli czas pracy na włączonym ekranie - bez problemu udaje się osiągać nawet 7 godzin. Bateria pozwala na 2-3 dni normalnego użytkowania, co jest wynikiem naprawdę świetnym. Jeśli weźmiemy pod uwagę to, że dostępna w zestawie szybkoładowarka ładuje baterię do pełna w czasie dużo krótszym niż dwie godzin, to otrzymamy bardzo pozytywny obraz całości.Recenzja Vernee Mars ProPodsumowanie Vernee Mars Pro na pewno nie jest smartfonem dla każdego, bo nie jest urządzeniem bezkompromisowym. Bardzo dobra jakość wykonania, metalowa obudowa, aż 6 GB pamięci RAM, niezły procesor, szybkoładowarka w zestawie i długi czas pracy na baterii to naprawdę wiele pozytywów jak na urządzenie kosztujące mniej niż 800 złotych. Niestety, amatorzy mobilnej fotografii zawiedzeni będą pracą aparatu, a niektórym może doskwierać problem z zasięgiem sieci LTE w słabiej zaludnionych regionach polski. Decydując się na zakup smartfonu w tej cenie musimy się jednak godzić na pewne ustępstwa - czy powyższe dwa są dla Was akceptowalne?
Mocne strony: Słabe strony:
------
- wysoka jakość wykonania
- metalowa obudowa
- bardzo długi czas pracy na baterii
- wygodny czytnik linii papilarnych
- szybkoładowarka w zestawie
- USB Typu C
- aż 6 GB pamięci RAM
- niezła wydajność
- radio FM
- czysty Android 7.0
- bardzo atrakcyjna cena
- kiepski aparat główny
- kiepski aparat przedni
- niskiej jakości dźwięk z głośniczka multimedialnego
- problemy z LTE na słabo zaludnionych obszarach
Vernee Mars Pro kupić można wyłącznie w sklepie Gearbest, w cenie 213.99 dolarów (ok. 770 złotych bez VAT, ok. 945 zł z VAT)Vernee Mars Pro recenzja]]>
Testy Najbardziej polecane Mon, 07 Aug 2017 15:50:00 +0200
Recenzja Alcatel A3 - smartfon, który pozytywnie zaskakuje http://www.conowego.pl/testy/recenzja-alcatel-a3-smartfon-ktory-pozytywnie-zaskakuje-23387/ Alcatel A3 to przedstawiciel zaprezentowanej w tym roku nowej serii smartfonów. Sprawdziliśmy czy...

Specyfikacja Alcatel A3

Ekran: 5" IPS 720x1280 pikseli
Procesor: MediaTek MT6737 (4x1.25 GHz)
RAM: 1.5 GB
Pamięć: 16 GB
Aparaty: 13 Mpix (f/2.0, LED) + 5 Mpix (LED)
Dual SIM: TAK (standby)
Łączność: Micro USB, czytnik linii papilarnych, GPS, NFC, Wi-Fi 802.11n
System: Android 7.0 + EMUI 5.1
Akumulator: 2460 mAh
Wymiary: 142 x 70.5 x 8.6 mm
Waga: 135 gramów


W zestawie ze smartfonem znajdziemy kabelek USB, ładowarkę sieciową, a także słuchawki douszne. Gwoździem programu jest tu oczywiście Alcatel A3, zamknięty w zaskakująco ładnie wykonanej obudowie.Recenzja Alcatel A3 Próżno szukać tutaj materiałów takich jak metal i szkło na odwrocie obudowy. Całość, wraz z ramką otaczającą całą konstrukcję, została wykonana z plastiku, który jednak został dobrze spasowany i trudno zarzucać mu jakieś niedostatki. Tylny panel, posiadający ciekawą białą fakturę, nie ugina się pod naciskiem i sprawia dobre wrażenie. Klapkę można zdjąć, jednakże nie znajdziemy pod nią wymiennej baterii - zamiast tego hybrydowe gniazdo na dwie karty SIM lub kartę SIM i kartę pamięci micro SD.Recenzja Alcatel A3 Alcatel A3 posiada bardzo dobrze osadzone przyciski fizyczne, które są dobrze wyczuwalne pod palcami i oferują przyjemny klik. Nie mają one najmniejszych luzów. Na spodzie ramki znalazł się port w standardzie micro USB, na górze - gniazdo słuchawkowe jack 3.5 mm.Recenzja Alcatel A3 Miłą niespodzianką jest obecność czytnika linii papilarnych, usytuowanego pod obiektywem tylnego aparatu o rozdzielczości 13 Mpix. Czytnik linii papilarnych działa bez większego zarzutu, choć smartfonowi zajmuje chwilę odczytanie sygnatury palca. W sąsiedztwie czytnika znalazła się także jednotonowa dioda doświetlająca.Recenzja Alcatel A3 Kolejne pozytywne zaskoczenie to dioda doświetlająca przedni aparat o rozdzielczości 5 Mpix, umieszczona po lewej stronie od obiektywu i po prawej od głośnika multimedialnego. Jest to coś rzadko spotykanego nawet we flagowych smartfonach, tymczasem w urządzeniach Alcatel ten element znajdziemy nawet w modelach… tańszych niż A3.Recenzja Alcatel A3 Smartfon Alcatel A3 korzysta z 5-calowego wyświetlacza o rozdzielczości 720x1280 pikseli. Jest to raczej typowy dla tego segmentu urządzeń ekran - nie rzuca na kolana kątami widzenia i reprodukcją kolorów, ale prezentuje się poprawnie nawet w intensywnym słońcu. Nawet w słoneczny dzień odczytanie informacji z wyświetlacza nie stanowi większego problemu.Recenzja Alcatel A3 Od strony wizualnej i jakości wykonania urządzenie prezentuje się naprawdę poprawnie jak na tę półkę cenową. Alcatel A3 dobrze leży w dłoni, jest lekki i poręczny.

Multimedia i oprogramowanie

Alcatel A3 korzysta z systemu Android w wersji 6.0, pozbawionego nakładek i zaserwowanego w podstawowej, minimalistycznej postaci. Alcatel nie zainstalował tu zbyt wielu aplikacji, pozostawiając (i dobrze!) pole do popisu użytkownikowi. Nie zabrakło Trybu Prostego, przeznaczonego dla początkujących użytkowników – dzieci i osób starszych, w najlepszym jego wydaniu. Po jego aktywacji, na ekranie urządzenia zamiast standardowego widoku aplikacji i funkcji Androida, pojawiają się duże, czytelne kafelki, czyniące obsługę urządzenia tak intuicyjną i przyjazną, jak tylko się da. Funkcja ta jest obecna we wszystkich smartfonach Alcatel, które w tym roku trafiły na rynek – zarówno w serii Alcatel A oraz Alcatel U.Recenzja Alcatel A3 Oprócz standardowego zestawu aplikacji Google otrzymujemy m.in. Phone Guard, czyli narzędzie pomagające zarządzać wydajną i efektywną pracą smartfonu poprzez zwalnianie pamięci podręcznej, usuwanie zbędnych plików oraz ochronę antywirusową.
Producent postawił na doskonałą, popularną wśród wielu użytkowników smartfonów, klawiaturę Swiftkey, będącą jednym z preinstalowanych narzędzi. Na pokładzie telefonu znalazł się także sklep z motywami, który oferuje całkiem sporą paletę różnych tematów, pozwalających, także bezpłatnie, na zmianę wyglądu systemu w telefonie.
Obecność Radia FM, tak rzadko spotykanego obecnie w smartfonach, ucieszy na pewno wiele osób. Miłym dodatkiem jest WPS Office, czyli popularny pakiet narzędzi biurowych. Ostatnimi aplikacjami niestandardowo instalowanymi są tu Instagram, Facebook oraz Messenger. Nie oszukujmy się - obecnie z ostatnich dwóch korzysta niemal każdy. Korzystającym z Alcatela A3 zalecałbym jednak odinstalowanie dwóch ostatnich i pobranie ich wersji Lite, mniej zasobożernych. Dlaczego?
O wydajność smartfonu dba 4-rdzeniowy procesor MediaTek MT6737 oraz 1.5 GB pamięci RAM. Nie da się ukryć, że nie jest to duet stworzony do ultrapłynnego odtwarzania wymagających multimediów i gier 3D, ale zapewnia on satysfakcjonującą wydajność w podstawowych i najczęściej wykonywanych na smartfonach działaniach. Urządzenie osiągnęło wynik w benchmarku AnTuTu na poziomie 26054 punktów. Osoby pragnące zakupić smartfon w tak niskiej cenie muszą niestety godzić się na pewne kompromisy. #break#

Aparat i jakość zdjęć

Praca przedniego i tylnego aparatu jest satysfakcjonująca i prawdę mówiąc od tak taniego smartfonu nie śmiałbym wymagać nic więcej. W dobrych warunkach oświetleniowych da się bez większego wysiłku wykonać zdjęcia, które można z przyjemnością obejrzeć później na większym ekranie. Kontrast i ostrość nie zawsze są idealne, ale kolory są neutralne, choć czasem jakby sprane. Ogólny poziom szczegółowości jest zadowalający. Nawet przednia kamerka radziła sobie całkiem nieźle - zobaczcie sami, niech fotografie przemówią same za siebie. Warto nadmienić, że smartfon nagrywa wideo w maksymalnej rozdzielczości jedynie 720p. Mikrofon spisuje się rewelacyjnie (nieco gorzej radząc sobie z wyłapywaniem dźwięków z dalszego planu), ale jakość wideo... cóż, tu mogło być trochę lepiej. Bateria Bateria o pojemności 2450 mAh okazuje się w zupełności wystarczająca do sprawnego zasilania Alcatela A3. Pozbawiony technologii szybkiego ładowania akumulator naładujemy do pełna w mniej więcej 3 godziny. W pełni naładowany, smartfon bez problemu wytrzymuje 1.5-2 dni całkiem intensywnej pracy. Zdziwieni? Cóż, każdy medal ma dwie strony. Może Alcatel A3 nie jest najwydajniejszym smartfonem, ale to właśnie niewielkie zapotrzebowanie energetyczne kluczowych podzespołów (procesor, nieduży ekran o rozdzielczości 720p), pozwala mu osiągnąć zadowalający wynik.

Podsumowanie

Alcatel A3 to ciekawa propozycja dla osób szukających niedrogiego, dobrze wykonanego smartfonu oferującego niezły czas pracy na baterii, poprawny aparat, czytelny wyświetlacz oraz coraz rzadziej spotykane radio FM. Nie sposób zapomnieć o pozytywnych dodatkach w postaci diody doświetlającej przedni aparat i czytnika linii papilarnych, pozwalającego łatwo i szybko odblokować urządzenie. 1.5 GB RAMu to trochę mało, ale wydajność Alcatela A3 powinna być wystarczająca dla większości użytkowników, którzy sięgają po urządzenia z tej półki cenowej.
Mocne strony: Słabe strony:
-----
- zadowalający czas pracy na baterii
- czytnik linii papilarnych
- niezła praca głównego aparatu
- poprawna jakość zdjęć z kamerki przedniej
- ładny design
- flash przedniej kamery
- gniazdo micro SD
- Dual SIM
- Radio FM

- tylko 1.5 GB RAMu
- nieduża wydajność
- nagrywanie jedynie HD 720p
- Android 6.0
]]>
Testy Najbardziej polecane Mon, 31 Jul 2017 14:55:00 +0200
Recenzja Sharkoon B1 - słuchawek ze świetnym mikrofonem http://www.conowego.pl/testy/recenzja-sharkoon-b1-sluchawek-ze-swietnym-mikrofonem-23406/ Czy słuchawki dla graczy muszą wyglądać odpustowo? Nie, a jednym z headsetów, które tego dowodzą...

Rzućmy okiem na specyfikację Sharkoon B1:

Kompatybilność: PC, XBox One, PlayStation 4
Okablowanie: 110 cm (3.5 mm Stereo Jack TRRS 4-pin) + 255 cm (2x 3.5 jack)

Specyfikacja słuchawek:

Membrany: 40 mm
Impedancja: 32 Ohm
Pasmo przenoszenia: od 20 Hz do 20 000 Hz
Czułość: 103 dB -+ 3 dB
Regulacja głośności: przez pilota na kablu
Waga: 320 g

Specyfikacja mikrofonu:

Typ: Jednokierunkowy, odpinnany, regulowany
Imperancja: 2.2 kOhm
Pasmo przenoszenia: od 50 Hz do 10 000 Hz
Czułość: -40 dB -+ 2 dB
Wysokiej jakości filtr POP: Tak
Wyciszenie mikrofonu: przez pilota na kablu


Czy coś rzuca Wam się w oczy? Mamy tu do czynienia z dość standardową specyfikacją słuchawek - taka impedancja i pasmo przenoszenia to standard w tej klasie cenowej. Uwagę zwraca natomiast obecność filtra POP, która zwiastuje dobrą jakość dźwięku, rejestrowaną przez mikrofon.Recenzja Sharkoon B1Słuchawki Sharkoon B1 sprzedawane są w cenie 269 złotych i trzeba powiedzieć, że zestaw z urządzeniem prezentuje się naprawdę ciekawie. Producent postarał się o duże, ładnie wykończone, twarde etui, w którym transportować można słuchawki. Kabelek wpięty w headset, zakończony wtyczką jack 3.5 mm (można ją wpiąć do smartfonu lub tabletu), nie jest odpinany od słuchawek.Recenzja Sharkoon B1W etui znajdziemy dobrze wykonany mikrofon klasy studyjnej, którego końcówkę zabezpieczono gąbką, pomagającą w redukcji szumów otoczenia i hałasów tła. Wewnątrz opakowania producent umieścił również kabel przedłużający, zakończony podwójną wtyczką jack 3.5 (w tym mikrofonową), do którego jednakowoż mam pewne zastrzeżenia. Pilot na kabelku, umożliwiający wyciszenie słuchawek oraz mikrofonu jest wykonany z dość kiepskiego plastiku i znajduje się on bardzo daleko na kablu. Kabelek trzeba w jakiś sposób spiąć i zwinąć, by móc z niego wygodnie korzystać.Recenzja Sharkoon B1Słuchawki Sharkoon B1 prezentują się świetnie. Tak jak wspomniałem, próżno szukać tutaj odpustowych elementów, tandety i choćby najmniejszych oszczędności. Zestaw słuchawkowy wykonano w sposób bardzo schludny, minimalistyczny i nie skąpiono dobrej jakości materiałów. Szyny pałąka są sztywne i metalowe. Od wewnętrznej, przylegającej do głowy strony zabezpieczono go dużą ilością miękkiej gąbki i obszyto skóropodobnym tworzywem. Wygodne muszle, skrywające 40-milimetrowe przetworniki, od zewnątrz pokryto aluminiową siatką.Recenzja Sharkoon B1Ze względu na swoją konstrukcję, Sharkoon B1 nazwać należy słuchawkami wokółusznymi - wewnątrz muszli bez problemu zmieści się nawet duże ucho. Pianki w muszlach są miękkie i nawet po kilku godzinach grania nie są niewygodne. Poziom ucisku bocznego jest po prostu optymalny. Bardzo wygodny jest również pałąk, o którego obecności na czubku głowy z czasem można zupełnie zapomnieć.Recenzja Sharkoon B1Kabelek pomiędzy przetwornikami poprowadzony jest częściowo wewnątrz pałąka, a częściowo na zewnątrz słuchawek. Jest jednak opleciony i dość solidny, z związku z czym nie powinien ulec uszkodzeniu podczas korzystania z urządzenia.Recenzja Sharkoon B1Mikrofon wpinany jest do lewej muszli i po wpięciu jest osadzony solidnie. Jego komfortową regulację umożliwia elastyczna konstrukcja pałąka, na którym się znajduje, która jednocześnie jest na tyle sztywna, by nie zmieniać samoczynnie położenia. Trudno jest polemizować z Sharkoonem w kwestii oceny jakości rejestrowanego przezeń dźwięku - jest ona niemal wzorcowa. Dźwięk jest czysty, pozbawiony szumów i zakłóceń, a jednocześnie naturalny. W słuchawkach z tej półki cenowej nie spotkałem jeszcze tak dobrego mikrofonu. Docenią to osoby grające w gry, wymagające komunikacji z drużyną - Overwatchu, czy też Counter-Strike'u.Recenzja Sharkoon B1Słuchawki Sharkoon B1 wpięte w kartę dźwiękową Asus Xonar DG w grach spełniały swoje kluczowe zadania fenomenalnie. Nie miałem najmniejszego problemu z lokalizowaniem nawet najcichszych odgłosów pola walki w grach takich jak Overwatch, CS:GO, czy też Battlefield 1. Nawet po wyłączeniu dźwięku w standardzie 7.1 na karcie dźwiękowej, słuchawki radziły sobie świetnie z pozycjonowaniem poszczególnych dźwięków.Recenzja Sharkoon B1Brzmienie headsetu Sharkoona ma ciepłe i "miękkie" zabarwienie. Specyfika ta jest słyszalna zarówno w grach, jak i muzyce oraz filmach. Na czoło sceny muzycznej wysuwają się tony niskie, które nie są jednak przesadnie wyraźnie akcentowane. Zestawowi nie brakuje dynamiki i przestrzeni, ale separacja poszczególnych tonów mogłaby być wyraźniejsza. W grach jest to zaledwie niemal nieodczuwalny niuans, a gracze na pewno będą z Sharkoon B1 zadowoleni. W muzyce jednak i filmach, różnice pomiędzy słuchawkami dla graczy, a słuchawkami dedykowanymi muzyce usłyszy niemal każdy. O ile "Sharkoony" radzą sobie dobrze z muzyką klubową i elektroniczną, to brakuje im nieco duszy w utworach klasycznych, akustycznych, orkiestrowych. Mnie to nie dziwi - nie można mieć wszystkiego, a na pewno nie w tych pieniądzach. Sharkoon B1 to przede wszystkim słuchawki dla graczy, a jako słuchawki dla graczy wypadają naprawdę dobrze.Recenzja Sharkoon B1Podsumowanie Sharkoon B1 to zestaw słuchawkowy stworzony z wysokiej jakości materiałów, którego wizytówką jest świetna jakość wykonania i wygodna konstrukcja, sprzyjająca kilkugodzinnej rozgrywce. Sharkoon B1 mają jeden z najlepszych mikrofonów w swojej klasie, o ile nie najlepszy - ja lepszego do tej pory nie spotkałem. Czy oferują bezkonkurencyjny dźwięk i kasują w tej kwestii konkurencję? Nie sądzę - w grach grają bardzo dobrze (choć nie idealnie), a w muzyce i filmach oferują po prostu poprawną jakość dźwięku. Z pewnością Sharkoon B1 zaliczyć można do czołówki urządzeń w cenie do ok. 269 złotych, obok których nie powinno się przechodzić obojętnie.
Mocne strony: Słabe strony:
----
- bardzo dobry dźwięk w grach
- świetna jakość wykonania
- wygodna konstrukcja
- solidna, metalowa szyna pałąka
- rewelacyjna jakość rejestrowanego dźwięku
- odpinany mikrofon
- kompatybilność z konsolami i smartfonami
- twarde etui w zestawie
- stylowy wygląd
- zbyt mała separacja tonów (filmy/muzyka)
- lekko stłumione brzmienie
- niezbyt ergonomiczne umieszczenie pilota na kablu
Recenzja Sharkoon B1]]>
Testy Gaming Sun, 30 Jul 2017 14:30:00 +0200